On wrócił dziś do domu z różą w zębach.
Odebrałam różę i dałam Mu buziaka.
- Mmm, wiedziałem, że będziesz miała takie miękkie usta... I że warto cię zmusić różą, żebyś mnie pocałowała...
A zwłaszcza wers:
"I'm a few years older than you, my love."
Wczoraj zgoniłam Go z jednego krańca kanapy na drugi.
- Zmykaj, ja muszę siedzieć tyłem do słońca.
- A niby czemu?
- Bo słońce padające na twarz podkreśla zmarszczki. W moim wieku już trzeba o tym myśleć - oświadczyłam z godnością, moszcząc się tyłem do słońca.
- No racja... Gdybyś była sprzętem technicznym, to za rok można by cię uznać oficjalnie za zabytek.
Zdębiałam. Na chwilę zaniemówiłam.
- Ale chyba meble i budynki muszą mieć więcej lat, żeby być zabytkowe... prawda..? - ośmieliłam się spytać.
- Chyba tak... - odparł On nieuważnie. - A jak myślisz, po ilu latach stara torba stanie się zabytkiem? - wypalił, patrząc na mnie znacząco.
Rose is a rose
Szalona kucharka
Robię tartę wiejską. W tym celu zerwałam z doniczki na parapecie kilka listków świeżej bazylii.
On wchodzi do kuchni.
- A co ty tu masz pod okiem? Ach, bazylię!
- Taka ze mnie szalona kucharka - śmieję się w odpowiedzi. - Z bazylią pod okiem, pomidorem na rękach...
- ...i z marchewką w pupie - dopowiada On. - Chociaż to już nie jest szaleństwo, tylko perwersja - dodaje po krótkim namyśle.
Mały kapral
Where are you from?
Urodziłam się i wychowałam na Górnym Śląsku.
Ale nie jestem Ślązaczką.
W dodatku moje rodzinne miasto dalece odbiega od popularnych wyobrażeń przemysłowego krajobrazu Śląska, pełnego hałd, hut, hasia i szybów kopalnianych.
Enklawa.
Moje miasto jest małe. Często mówię, że leży niedaleko Katowic.
Chwila nieuwagi rozmówcy - i jestem zakodowana jako "ta z Katowic".
W Grodzie Kraka mieszkam piąty rok.
Nie upoważnia mnie to do nazywania siebie "z Krakowa".
Nigdy zapewne upoważniać nie będzie. Nie czuję się Krakuską.
Jednak wszędzie, gdzie trzeba wpisać 'miasto' - wpisuję 'Kraków'.
Tam dom twój, gdzie serce twoje.
Bywam na Podlasiu, Dolnym Śląsku, w lubuskiem, na terenie niemieckiej Saksonii.
Nierzadko spędzam tam dużo czasu.
Zostawiam fragment siebie.
Zatem skąd jestem?
Skomplikowana odpowiedź na proste pytanie.
Co mają powiedzieć ci, którzy przeprowadzają się w życiu wielokrotnie - za pracą, rodziną, szczęściem?
Sypialnianie
- Chodź - uśmiecha się do mnie On i prowadzi mnie za rączkę do sypialni. Posłusznie drepczę za Nim, zaciekawiona, co też znów miłego wymyślił. Jakieś łaskotanie? Przytulanie? Może bitwa na poduszki? Wchodzimy do sypialni. - Teraz tu pościelimy, a ty się ubierzesz! - szczerzy się On.
Skutki temperatury
- Moja ty malutka - rozczula się nade mną On. - I zmarznięta - dodaje dotknąwszy moich jak zwykle lodowatych stóp.
- A wiesz, czemu jestem taka zmarznięta?
- Nie.
- Bo jestem malutka. Od zimna się wszystko kurczy.
- Aha.
- Jestem malutka, więc marznę, więc się kurczę, więc marznę jeszcze bardziej.
Gazy w autobusie
Serwis techniczny
- Minął mnie dzisiaj serwis techniczny Coca-Coli, jak wracałam ze sklepu - komunikuję Mu, męcząc się z otwieraniem puszki pomidorów.
- Mhm... - mruczy nieuważnie On.
- Jak myślisz, co robi taki serwis techniczny? Ktoś nie umie otworzyć puszki, to dzwoni i pan przyjeżdża, i otwiera?
- Na pewno - odpowiada On z gryzącą ironią w głosie.
- To może zadzwonię do... Campo Largo - odczytuję napis z puszki - i ich serwis mi pomoże otworzyć te pomidory?
Spray
Prosto
- Moja ty malutka... - rozczula się nade mną On. - Moja ty... prostatko...
***
- Mogę napisać na blogu, że nazywasz mnie prostatką?
- Nie!
- Dlaczego?
- Bo to wcale nie jest zabawne.
Hm, dla mnie jest.
"Juno"
Nastolatka uważana za dziwaczkę, żyjąca na uboczu światka towarzyskiego szkoły średniej - i uzależniony od tiktaków biegacz. Niezobowiązująca z początku miłostka. Chwila zapomnienia w fotelu z salonu... i dziewczyna zachodzi w nieplanowaną ciążę. Oczywiście w bardzo nietypowy sposób znajduje nietypowe wyjście z sytuacji.
Wielką zaletą filmu są bardzo naturalne, niewymuszone dialogi, przetłumaczone na polski w sposób trafny i dowcipny. (O co w polskich filmach trudno.) Nieoceniona okazała się pomoc konsultanta ds. najnowszej polszczyzny, Bartka Chacińskiego. Młodzi aktorzy obsadzeni w głównych rolach też stanęli na wysokości zadania - co tworzy duży kontrast z nastoletnimi manekinami, które oglądamy w polskich filmach. Wszystko to składa się na tragikomiczny, ale ciepły i pozytywny w wymowie film.
To za radą Mortigan udałam się z przyjaciółką do kina. I nie żałowałam ani przez chwilę.
Juno, Kanada-USA-Węgry 2007
You nie zawsze znaczy "ty"...
- Something tells me you don't love me anymore... - podśpiewuje On.
- Nieprawda! - zaperzam się.
- Co nieprawda?
- To, co śpiewasz!
- Ależ ja wcale nie śpiewam o tobie... - uśmiecha się łagodnie On.
- Śpiewasz! Śpiewałeś "you", znaczy o mnie!
- Nie każde "you" musi się odnosić do ciebie...
No dobra, JESTEM egocentryczką.
Hrmpf.
Ale to i tak nieprawda!
I'm singin' in the rain...
Na przekór Wrednej Środzie, deszczowi za oknem, nagłemu ochłodzeniu - śpiewam w myślach. Bo to właśnie w środy, w te wredne, okropne środy, kiedy nagle wszystkie Rzeczy Do Zrobienia Na Wczoraj kumulują się jak burzowe chmury i walą piorunami w moją biedną głowę, kiedy nie mam kiedy odetchnąć, a w perspektywie Ohydny Czwartek... właśnie w środy mam lekcję tańca. Tańca orientalnego, arabskiego, belly dance.
Odkąd Siostra (niech jej będą dzięki) zmusiła mnie niejako do wyprawy na drugi koniec Polski, na obóz tegoż tańca - cieszę się każdą chwilą, którą mogę spędzić przy arabskich rytmach. Jak sroka zachwycam się błyskotkami na stanikach, chustach na biodra, bransoletkach, kolekcjonuję cekiny i koraliki, ślinię się na widok jarmarcznych w kolorze spódnic i woali, marzę o skrzydłach Isis i zielonej łące, na której mogłabym nimi machać i choć przez chwilę poczuć się jak motyl. (vide zdjęcie na prawo)
Nigdy nie byłam osobą wytrwałą. Mozolne uczenie się czegoś, okupione zakwasami i zniechęceniem, obserwacja własnej nieudolności i braku postępów tylko mnie zniechęcały. Tak było z piłką ręczną, jazdą konną, z siłownią, aerobikiem... Z tym tańcem jest inaczej - wszystko szybko staje się łatwe i znajome, a droga do doskonałości ekscytująca i pełna przemiłych niespodzianek. To po prostu forma ruchu, która najbardziej mi odpowiada. Pozwala na trochę stać się osobą zrelaksowaną, harmonijną i pogodną, poczuć się delikatnie i kobieco, zatracić się w rytmie muzyki.
Każdemu życzę, żeby znalazł coś, co będzie dla niego tym, czym dla mnie jest ten taniec. A może już znaleźliście? Chętnie posłucham.
Anonimowi...
Wyłaniam się z łazienki wklepując krem w policzki.
- Wiesz, moja Mama ma piękną cerę dzięki firmie Yves Rocher...
- Mhm... - mruczy potakująco On.
- ...ale moja twarz zdecydowanie woli kosmetyki AA.
- To przez te drinki - potwierdza On.
Pchła i Żaba
- A. mi pozazdrościła i założyła bloga - komunikuję Mu.
- Eee... - smutnieje On. - Beznadzieja. Na pewno będzie śmieszniejszy niż nasz.
Zdrowa konkurencja?
Blog w linkach.
Jesteś moją kokainą..!
Wyczyściłam lodówkę.
- Mmm, jak pachnie! - zachwyca się On wchodząc do kuchni i uchylając czyste drzwiczki. - Aż się chce zaciągać!
Podstępnie
- Czy nie miałeś iść na zajęcia? Na 16.45?
- Miałem. Ale nie idę - mruczy On niechętnie.
- A wiesz, jaka jest kara za opuszczenie zajęć? - uśmiecham się chytrze.
- Już wychodzę! - dziarsko podrywa się z krzesła On.
Kieliszek
Mieliśmy kieliszek. 50 ml pojemności, złoty napis Wódka Żołądkowa Gorzka.
Korzystaliśmy z niego jako z miarki.
Dziś kieliszek stał się historią.
A On - histerią.
Na widok zwłok kieliszka uciekł do pokoju i skulił się za kanapą.
I smęcił przez pół dnia.
Ja mam poczucie winy. Z(a)biłam kieliszek!
"Wierny ogrodnik"
Tytuł i plakat sugerują romansidło. Jeśli jednak ulegacie tym sugestiom, jesteście w błędzie! To historia o Poważnych Sprawach. Film porusza ważny aspekt współczesnego świata, jakim są kraje afrykańskie i niejednoznaczny udział Zachodu w rozwiązywaniu ich problemów. Bohaterowie roztrząsają kwestie etyczne wśród malowniczych wiosek, idyllicznych pejzaży z nutką grozy w postaci przerażających stad ptaków i - pomimo powagi sprawy, bardzo dekoracyjnych - tłumów Kenijczyków.
Czarno-białe podziały na dobrych i złych, wszechobecna mafia farmaceutyczna i przydługie dialogi - oto czym zaskakuje ten obsypany nagrodami film. Plusem jest doceniona kilkukrotnie rola Rachel Weisz, a także techniczne aspekty dzieła. Post factum dowiedziałam się, że "Wierny ogrodnik" jest thrillerem nakręconym na podstawie książki. Nie byłam thrilled ani przez chwilę.
Pomimo niewątpliwych zalet tego obrazu, rzucanie rozbrykanej młodej kotce kulki aluminiowej wydaje mi się ciekawszą wersją popołudnia. Jedynym plusem jest śliczna Rachel Weisz.
The Constant Gardener, Niemcy/USA/UK 2005
Découpage
- Przypomnij mi, jeśli dziś będziemy w Empiku, żebym zajrzała do działu z dekupażem.
- Kochanie, a może po prostu teraz pójdziesz do toalety? - patrzy na mnie z troską On.
It's alive!
Upiekłam szarlotkę i jeszcze ciepłą postawiłam na stole w jadalni, żeby pachniała.
- To ŻYJE! - stwierdził On, pochylając się nad bulgoczącą jabłkową masą.
- To zadźgasz nożem przed jedzeniem. Wtedy przestanie.
Babeczki ziemniaczane
Zdjęcie będzie, jak zrobię następnym razem - dziś zniknęły zbyt szybko.
Proporcje jak zwykle, dla dwojga.
Obieramy i ścieramy na drobnej tarce 1 kg ziemniaków. Dorzucamy ok. 3/4 szklanki mąki, 1 jajko, pół posiekanej drobno cebuli, 3 zgniecione ząbki czosnku, po łyżce soli, pieprzu i curry. Mieszamy całość i wkładamy do foremek na babeczki - papierowych wysmarowanych masłem, teflonowych lub silikonowych - w przypadku tych dwóch ostatnich smarowanie nie jest konieczne, acz na pewno nie zaszkodzi. Wsadzamy całość do piekarnika rozgrzanego na ok. 200 stopni (bez termoobiegu). Pilnujemy. Kiedy zaczną się robić twardawe na wierzchu, na każdą kładziemy wiórek masła lub margaryny i pieczemy dalej, póki drewniany patyczek wsadzony w środek babeczki nie pozostaje czysty.
Podajemy na ciepło, tak jak placki ziemniaczane - z sosem gulaszowym, pieczarkowym albo ze śmietaną.
"Once"
Ona - kobieta z przeszłością.
On - mężczyzna po przejściach.
Historia stara jak świat, ale opowiedziana na nowo: dźwiękami. Gitara i fortepian, dwa uzupełniające się temperamenty, uczucie rozkwitające między słowami. Piękna, choć zwyczajna opowieść o miłości, okraszona kilkoma uroczymi niedopowiedzeniami. Do tego muzyka - prosta, ale przejmująca, romantyczna i autentyczna. Solo, jako soundtrack, świetnie się słucha.
Pięknie i przyjemnie spędzone 85 minut, a ja pod koniec oczywiście płakałam.
W trakcie także.
On nie płakał, ale też bardzo Mu się podobało.
Once, Irlandia 2006



