- Tak? A to czemu?
- Mogę sobie bekać do woli... I pierdzieć... I jeść palcami... - rozmarza się.
- Hm. Przecież nie robisz żadnej z tych rzeczy.
- Nie robię. Ale mógłbym!
...kiedy widział potencjał, to go wzmacniał, ten bęcwał...
Wariacje nt. muffinków
Muffinki
Prawie jak Tolkien
Jemy śniadanie w moim domu rodzinnym.
Połączenie Prawdziwego Chleba, Prawdziwego Masła i Prawdziwego Miodu wywołało u mnie falę jedzeniowych wspomnień z dzieciństwa.
- ...i moja ulubiona szynka, mówiłam na nią "szynka-mniamniatynka".
On tłumi śmiech.
- Nie śmiej się! Ty jako dziecko miałeś swój własny język!
- Niesamowite, jakie dzieci potrafią być twórcze w młodym wieku. Ty wymyślałaś swoje słowa - a ja cały język - rozmarza się On. - Jestem jak Tolkien... Byłem jak Tolkien.
Nagość w oknie
Kiedy On się kąpał, ja zdjęłam firanki w pokoju i kuchni i wrzuciłam je do pralki. On wylazł z wanny jak zwykle w stroju Adama i rzucił się otwierać rolety w kuchni.
- Kochanie, nie otwieraj tych rolet, bo będzie widać przez okno twój goły tyłek - strofuję Go.
- Właśnie o to chodzi, żeby było widać sam tyłek i nic więcej! - cieszy się On, wchodząc do pokoju. - O, a tu niby lepiej jest? - wskazuje na niczym niezasłonięte okno.
- Po prostu się UBIERZ, nie będzie kłopotu.
- Ale ja lubię chodzić bez ubrania.
- Jesteś ekshibicjonistą - wygłaszam z niesmakiem.
- Wcale nie. Lubię chodzić bez ubrania, jak nikt mnie nie widzi.
Razem z wiedzą rosną wątpliwości.
23 na zegarze. Czytam artykuł po angielsku.
- Rany, co to znaczy lumpier? - jęczę do Niego, odpalając słownik.
- Moja niewiedza jest niezmierzona - wygłasza natchnionym tonem On. - Pojęcia nie mam - dodaje już normalnie.
- Kościuszko też nie ma, jeśli cię to pocieszy - oznajmiam Mu sprawdziwszy w słowniku.
- O. O! Ooo - dziwuje się On, wyraźnie zadowolony.
Oczywiście słowo w słowniku było, tylko nie dopatrzyłam, co piszę.
Pora spać.
Dyba czy dba?
Miejsce akcji: łazienka.
On myje ręce, ja wyjmuję pranie z pralki.
- W ogóle o mnie nie dbasz! - mówię do Niego z wyrzutem.
- Ale za to dbam o naszą umywalkę - odpowiada On ze stoickim spokojem.
Mechanika precyzyjna
Jako że obecnie mamy w mieszkaniu 15 doniczek z roślinami, a na balkonie jakieś drugie tyle - wyjeżdżając na weekend zapowiedziałam Mu, że zadzwonię z instrukcją podlewania.
Po kolei instruowałam Go, co i jak powinien podlać: to pierwsze od prawej niedużo, drugie spryskaj, trzecie obficie, to na lodówce tylko na podstawkę... On pomrukiwał na znak, że rozumie, i na bieżąco wykonywał polecenia.
- Kochanie, czy ty to pipetą podlewasz? - spytałam, kiedy przerwy między jednym a drugim "yhm" stawały się nieznośnie długie.
- BUTELKĄ. Staram się być... precyzyjny - odparł On z godnością.
Szarlotka Sylwii
Sweetaśnie
Przesadzałam wczoraj kwiaty na balkonie. By nie skalać rąk bieli brudną ziemią, założyłam rękawiczki-wampirki. Klasyczne, białe z czerwonym.
Po skończonej orgii ogrodniczej wrzuciłam rękawiczki do miseczki z ciepłą wodą i proszkiem do prania - były niemiłosiernie upaćkane wilgotną ziemią. Dziś rano okazało się, że plamy owszem, puściły, ale wraz z barwnikiem. Teraz mam sweetaśne, rooshove rękawiczki-wampirki.
Strzeżcie się!
Jeśli je założę i usiądę przy komputerze, ten blog zmieni się w blogaska!
Nota bene, trafiłam ostatnio na bloga, którego autorką była sweat-girl. Pot-dziewczynka.
Poszłam wywiesić wyprane wampirki na suszarce, bo mnie ten róż oczopląśny w łazience kłuł w oczy. (Na balkonie nie kłuje, bo jest zimno, więc nie wychodzę, jeśli nie muszę.)
Ale wyszłam, bo musiałam.
I usłyszałam Demoniczny Głos z Zaświatów.
Słowo daję, jak nagrany na taśmę głos demona w tych filmach o egzorcyzmach.
Swoją drogą, całkowita bzdura.
Wedle wytycznych Kościoła egzorcystom nie wolno nagrywać tego, co mówią opętani.
Wsłuchałam się w niego...
- O, witaj, Jezu, synu Maryi - tyś jest Bóg prawdziwy w świętej Hostyi... - wychrypiał zawodzący, falowo wznoszący się, nienaturalnie niski Głos, wzbogacony o profesjonalny przester. Z pobliskiego kościoła niósł się śpiew przez zewnętrzne głośniki, a kiepska jakość tychże zmieniała go w Demoniczny Głos z Zaświatów.
Tylko tekst się nie zgadzał.
Dla zainteresowanych: w tym roku jest jedyna okazja, żeby złamać krakowską bożocielną tradycję. Ze względu na remont ulicy Grodzkiej tegoroczna procesja zamiast jak zawsze, z Rynku Grodzką na Wawel, przejdzie tylko dookoła Rynku.
Nibytadżin
5 średniej wielkości ziemniaków gotujemy na półtwardo, kroimy w kostkę (lub w plasterki).
Odsączamy 1/2 szklanki ciecierzycy z puszki.
Na patelni podsmażamy 1/2 kg mielonego mięsa - najlepsza byłaby jagnięcina lub cielęcina, ja użyłam indyczego i też było dobre. Kiedy część wody odparuje, zalewamy filiżanką mocnej herbaty miętowej, smażymy mieszając, póki herbata całkiem nie odparuje. Zasypujemy przyprawą ras el hanout.
Ilość przyprawy ras el hanout zależy od poziomu jej ostrości i od indywidualnych upodobań smakowych. Przepis na tę mieszankę znajduje się np. tutaj, ja w mojej przywiezionej z Maroka mam nieco inny zestaw przypraw (nie ma soli, kminu, kolendry, ale za to jest biały pieprz, papryka, kurkuma, gałka muszkatołowa, aframon, kwiat róży i galangal).
Do dużego, wysokiego garnka wrzucamy usmażone mięso.
Na patelnię wędruje ciecierzyca, którą także posypujemy ras el hanout.
Dorzucamy ciecierzycę do mięsa i zaczynamy je lekko podgrzewać, często mieszając.
Na patelni smażymy pokrojoną w paseczki czerwoną paprykę i 3 średnie oskórowane pomidory, posypujemy ras el hanout.
Po usmażeniu dorzucamy do garnka i całość dusimy na małym ogniu przez jakiś kwadrans. Przed podaniem można posypać płatkami migdałów lub startym drobno serem - wersja fusion.
(Naczynie do zapiekania smarujemy masłem, kolejno układamy warstwę ziemniaków, dobrej wędzonej szynki, mięsa mielonego, ciecierzycy, ziemniaków, mięsa mielonego, czerwonej papryki pokrojonej w paski i oskórowanych pomidorów pokrojonych w ćwiartki. Przykrywamy naczynie folią aluminiową, pieczemy 30 minut w 200 stopniach. Po tym czasie zalewamy beszamelem z 2 łyżek mąki, pieczemy 10 minut, zasypujemy startym żółtym serem, pieczemy 10 minut.)
Przed podaniem przygotowujemy dyktafon, żeby nagrać błogie pomruki współbiesiadników.
"Posadziłam drzewo u mnie na balkonie"
Wyspa, drzewo, zamek - Dorota Miśkiewicz
- Kupiłyśmy Drzewo - komunikuję Mu przez telefon.
- Aha. Spoko - oznajmia On z kamiennym spokojem.
Wracam do domu z zajęć.
- Wreszcie ktoś TO kupił i przywiózł - wita mnie w progu On.
- Co takiego?
- TO. A co kupiłyście?
- Drzewo! - odpowiadam bez namysłu.
- Brakującą roletę do kuchni i wycieraczkę! - dopowiada On. - Drzewa jeszcze nie widziałem.
Ponad metrowe drzewo stoi na balkonie jak niemy chór grecki.
Balkonowo
Odwiedziła mnie w ten weekend Mama, w celach towarzyskich oraz w celu aranżacji balkonu. Prawie sześć metrów, jest co aranżować.
Zwizytowałyśmy dwa wielkie sklepy na dwóch krańcach Krakowa.
Nadludzkim wysiłkiem przytaszczyłyśmy stamtąd donice, kwietniki, metalowe krzesełka i stolik, matę sizalową, szczepioną wierzbę zwaną dalej Drzewem, miniaturowy świerk Conica zwany dalej Choinką, dwie drabinki na pnącza tudzież same pnącza i 24 kg uniwersalnej ziemi do kwiatów.
Po powrocie umieściłyśmy to wszystko na balkonie, po czym zainaugurowałyśmy sezon szarlotką i spożytą na wolnym powietrzu. (Właściwie dlaczego powietrze jest wolne? Wolny rynek, wolny wybór, jakieś libertyńskie skłonności zdradza i powietrze.) Nie zważając na porywy chłodnego wiatru na balkonie wypiłyśmy także kawę. Wszystkich ewentualnych gości zapraszam na balkonową parapetówkę, kiedy zrobi się ładnie.
Zdjęcia będą wkrótce.
"Iron Man"
Pierwsza myśl w głowie kogoś, kto nie czyta komiksów: kolejna żałosna, bezsensowna, mało ambitna naparzanka. Kiedy jednak zobaczyłam obsadę - w roli głównej uwielbiany przeze mnie Robert Downey jr., do tego Jeff Bridges i Gwyneth Paltrow - stwierdziłam, że warto.
I nie pomyliłam się. "Iron Man" to dwie godziny przyjemnej dla oka i ucha rozrywki. Downey na papierowym bohaterze komiksu zbudował realistycznego bohatera i bez patosu, za pomocą bardzo oszczędnych środków pokazał jego wewnętrzną przemianę. Dialogi są ciekawe i w wielu miejscach dowcipne, jednak nie dominują akcji - co często zdarza się, gdy reżyser chce zbyt dogłębnie tłumaczyć widzowi, co też miał na myśli. Dodatkowy plus za muzykę (film otwiera AC/DC, zamyka Black Sabbath).
Scenariuszowi można by zarzucić brak realizmu, a reżyserowi - zbytnie wysługiwanie się ekspertami od efektów specjalnych, ale czy nie tego właśnie należy oczekiwać po ekranizacji komiksu science-fiction?
Iron Man, USA 2008
Telefon dla kontrastu
Przekopuję Internet w poszukiwaniu telefonu dla siebie. Upatrzyłam sobie już jeden, ale prawdopodobnie sieć, w której mam telefon, nie będzie go miała - a jeśli już, to pewnie drogi.
- Nie ma tu telefonu dla mnie - naburmuszam się po chwili bezowocnych poszukiwań.
- Nic nie możesz znaleźć? - dziwi się On.
- Nic. Bo ja muszę mieć ŁADNY telefon. Żeby do mnie pasował.
- Pasował? Chyba na zasadzie kontrastu.
Brzuch
Upiekłam ciasto ze śliwkami.
Zjadam na śniadanie drugi kawałek.
- Pokaż brzuch! - komenderuje On i maca mnie po brzuchu. - Co taki twardy?
- Będę miała okres... - kulę się.
- Ja jak mam mieć okres, nie mam takich objawów - zadziera nosa On.
Oda do młodości
On, chcąc zgasić nocną lampkę po mojej stronie łóżka, wykonał rzut ciałem w kierunku wyłącznika.
- Auuu! Przytrzasnąłeś mi włosy i miażdżysz biodro! - jęknęłam.
- 'Praszam - mruknął On.
- Bez włosów, bez biodra... - chlipnęłam dramatycznie.
- ...to szkieletów ludy - dokończył On natchnionym tonem.
"Sierociniec"
Mózg na ścianie
Męczy mnie katar sienny i ciągle kicham i wycieram nos.
- Ty sobie chyba zaraz mózg wysmarczesz - mamrocze z niesmakiem On.
- Kochanie, mózg wysmarkałam już wczoraj...
Mózg? Jaki w ogóle mózg?!
"Oko"
Azjatycki oryginał.
Oryginalny pomysł - po przeszczepie rogówki bohaterka zaczyna widzieć to samo, co widziała dawczyni: cienie zmarłych. Potrafi także przewidywać nadchodzące śmiertelne niebezpieczeństwo, bowiem po każdego człowieka przychodzi z wyprzedzeniem niewidzialny psychopompos. Odzyskany wzrok staje się ambiwalentnym zyskiem. "It's a gift - and a curse", jak mawia detektyw Monk.
Dużym atutem "Oka" jest nastrojowość. Początkowo mamy wrażenie, że bohaterka oszalała, uległa omamom czy paranoi. Wraz ze zmianą jej nastawienia do kontrowersyjnego daru widzenia zmienia się także atmosfera w filmie. W porównaniu z amerykańskimi remake'ami bracia Pang oszczędnie gospodarują efektami specjalnymi, pozwalając, by widza straszyło to, co rzeczywiste. Każdy z nas ma czasem wrażenie czyjejś obecności w pokoju, kątem oka dostrzega coś, co po chwili wydaje się grą światła czy całkiem zwyczajną rzeczą. Takie smaczki sprawiają, że "Oko" wywołuje pewien niepokój, nakazuje wstrzymywać oddech i zamykać oczy.
Mimo to nie zaliczę "Oka" do moich ulubionych filmów - oglądało się przyjemnie i nawet trochę straszno, ale zaraz po napisach nastrój prysł.
Gin gwai, Hongkong-Singapur-Wielka Brytania-Tajlandia 2002
Z rozmówek nocnych
Mam zwyczaj zadawać Mu tuż przed zaśnięciem głupie pytania.
- Kochanieee...
- Hm? - mruczy On znad książki.
- A ty mnie kochasz mimo moich wszystkich wad?
- Mhm... - odmrukuje On. - Kocham cię nawet kiedy gadasz, kiedy czytam! - warczy cicho.
Akrobacja
On robi obiad, ja Mu pomagam.
- Ale wiesz, TY zmywasz po obiedzie - oznajmiam Mu spokojnie.
- Dobrze, dobrze. Mam nadzieję, że będzie mało naczyń.
- Będzie tyle, ile wybrudzisz.
- To będę kroił kurczaka i wszystko... w powietrzu.
I jadł na gazecie...
Pasztet
Oglądam film siedząc przy komputerze.
- Hm. Coś tu pachnie pasztetem... - pociągam kilkakrotnie nosem.
- Pasztetem?! To ty... - zaczyna On i znacząco zawiesza głos.
Poranek z etyką
- Śliczny dzień. Wreszcie niebo słoneczne - zauważam o poranku.
- Niebo słoneczne nade mną, prawo administracyjne we mnie - wygłasza ponurym tonem On.





