Od-wiedziliśmy Toruń, by go z-wiedzić.
Trzy pełne dni w mieście Kopernika i piernika były upalne i słoneczne, ale bardzo przyjemne.
Zaliczone kościoły: 6.
Godziny spędzone na Starym Mieście: ok. 28.
Zjedzone pierniki: 8 sztuk (jedna paczka).
Odwiedzone atrakcje: dużo.
Knajpy godne polecenia: 3.
(Szczególnie: naleśnikarnia Manekin na ul. Wysokiej.)
Dla wielbicieli Krakowa Toruń jest pozycją obowiązkową.
Bardzo podobny, choć jednocześnie bardzo różny.
Piękny. Ciekawy. Kameralny.
- Ty możesz jeść pierniki? - pytam Go w drodze do Torunia, przeczytawszy właśnie w przewodniku smakowity opis tegoż specjału.
- Mogę - wzrusza ramionami On, robiąc obojętną minę.
- I nic ci nie jest? Przecież w tym jest miód.
- Jakoś nic. Widać nie ma.
- Jak to "nie ma"? Bez miodu nie ma piernika! - zaperzam się, podpierając swoją teorię przewodnikiem tudzież wiedzą własną.
Niespodzianka. W składzie pierników toruńskich nie znajdziecie miodu. Jest za to syrop glukozowy. Signum temporis.
Nasz Toruń
Kanibalizm
- Jeśli nie zrobisz mi obiadu, zjem sobie Chińczyka - stwierdza On z niezmąconym spokojem.
- Chińczyka? Wiem, że można zjeść Murzynka.
- I Tatara - dopowiada On.
- I Francuza. I Hiszpana...
Kogoś jeszcze?
Nadzieja matką głupich
Zapowiedziałam, że zrobię śniadanie "za chwilę".
- Zrobisz to śniadanie? - pyta On po "chwili".
- Zrobię. Zaraz - zbywam Go niecierpliwie.
- Bo wiesz, ja żyję nadzieją... A wiesz, jak to jest żyć nadzieją... Jak Żydzi w getcie, jak Niemcy pod Leningradem czy innym Stalingradem, jak żołnierze pod Westerplatte...
Dostał śniadanie za ten wywód "historyczny".
Życie w kosmosie
- "Obcym wstęp wzbroniony" - On czyta napis na bocznych drzwiach w supermarkecie. - Niezbity dowód na to, że Obcy istnieją.
Wielkie mecyje
Idziemy ulicą.
- A! Zaatakowało mnie coś! - zaczynam machać rękami.
- Wielkie rzeczy. Mucha - wzrusza ramionami On.
- Nie mucha, tylko giez! Wiesz, co by było, gdyby mnie ugryzł?
- Miałabyś rękę grubości szyi. O co tyle krzyku? - stwierdza najspokojniej w świecie On.
Po kolei
Mamy wielkie łóżko, o które bez przerwy się obijam. Wczoraj wieczorem On zgasił światło akurat wtedy, kiedy mijałam strategiczny punkt łóżka.
- Tak, zgaś światło, żebym uderzyła się w drugie udo... - parskam ironicznie.
- Kochanie. Najpierw musisz uderzyć się w pierwsze - instruuje mnie On.
Trójkąt
On dowiedział się, że nasza wspólna znajoma bawiąc w Krakowie będzie nocowała u A. i P.
- A właściwie dlaczego ona śpi u nich, a nie u nas?
- Pewnie dlatego, że oni jej to zaproponowali, a my nie.
- Ech, szkoda.
- Dlaczego niby szkoda?
- Bo gdyby spała u nas, mielibyśmy niezłą laskę do trójkąta... - wzdycha z udanym żalem On.
Myślę więc jem
On zadysponował na śniadanie trzy kanapki, a po zjedzeniu pierwszej zażądał dwóch dodatkowych. Stanęłam okoniem.
- Nie możesz tyle jeść, jeśli prawie nie spalasz.
- Spalam! - zaperzył się On.
- Nie spalasz. I będziesz szerszy niż dłuższy.
- Żałujesz mi jedzenia!
- Nie żałuję ci jedzenia, tylko po prostu... pomyśl, czego chcesz.
- Wiem, czego chcę. Chcę ŻREĆ!
Gwiazdy Davidova
Zrobiłam je wczoraj eksperymentalnie jako przekąskę do piwa. Przepis z pewnością wymaga dopracowania, ale wizualnie jest... palce lizać.
1 opakowanie ciasta francuskiego - nie mrożonego, tylko chłodzonego! sprzedawane w rolkach, do znalezienia w dużych marketach w chłodziarce z półproduktami - rozwijamy i kroimy na trójkąty w miarę równoboczne. (Na chłopski rozum: takie, co mają wszystkie boki równej długości.) Na połowie trójkątów kładziemy ukośnie (vide rysunek) kwadracik z sera żółtego. Można też wrzucić pod spód kwadracik szynki, będzie ciekawiej. Przykrywamy pozostałymi trójkątami w taki sposób, żeby powstała gwiazdka i żeby ser nie wypłynął.
Każdą gwiazdkę smarujemy rozmąconym białkiem, posypujemy solą - najlepiej gruboziarnistą - i czerwoną papryką. Układamy gwiazdy na papierze do pieczenia i rumienimy w piekarniku przez jakiś kwadrans. 200 stopni powinno wystarczyć.
Oczywiście nadzienie oraz posypki można modyfikować dowolnie. Oryginalne gwiazdy Davidova muszą być jednak koniecznie czerwone. Nazwę sobie zastrzegam.
Z wizytą
Drzewo
Moja instruktorka tańca mawia, że kiedy nie pilnuję rąk, wyglądam jak smutne drzewo.
Dziś wróciłam z zakupami czując się jak rasowe smutne drzewo, a ramiona wlokły mi się po ziemi.
- Moja biedna dziewczynko - rozczula się nade mną On. - Drzewczynko.
Pasja: reaktywacja
Próbujemy wybrać film do wspólnego oglądania.
- Może Sweeney Todd? - proponuję.
- A może Gwiezdne Wojny? - odbija piłeczkę On.
- Mam jeszcze Pokutę - oznajmiam po chwili.
- Pokuta? To coś jak Pasja?
