Drzwi


Nie pierwszy raz przekonuję się o tym, że moje oczekiwania nieco rozmijają się z tym, co modne i co w związku z modą pojawia się w sklepach. Tyczy się to zarówno ubrań, jak i, jak się okazało, urządzania wnętrz.

Dziś padło na drzwi. Z artykułu w "Muratorze" dowiedziałam się, że francuskie drzwi są subtelne, wyważone i niezwykle eleganckie. Dominuje geometryczny trzypanelowy wzór, niestety rzadko spotykany w polskich domach.


Niestety, firma podana w artykule Muratora w Polsce akurat tego modelu drzwi nie prowadzi - trudno więc się dziwić, że jest to model "rzadko spotykany w polskich domach". Co ciekawe, nie znalazłam takich drzwi także na oficjalnej stronie podanej firmy. Drzwi z fajerwerkami, fontanną i witrażem, okleinowane drewnem egzotycznym - proszę bardzo. Prostego skrzydła nie ma sensu produkować, to tak banalne, że każdy sobie sam może zrobić.

Syndrom Migotki


Syndrom Migotki

- Czy to przyjemnie być włochatą na całym ciele? - spytała Mimbla.
- Bardzo - odpowiedziała Panna Migotka z zadowoleniem. Bufka, czy ty jesteś włochata?
Bufka nie odpowiedziała.
- Bufka powinna być włochata - powiedziała Mimbla rozpuszczając kok.
- Albo cała w małych loczkach - dodała Panna Migotka.
Nagle Bufka zaczęła tupać nogami.
- Wy, z waszym głupim gadaniem o włosach! - krzyknęła z płaczem. - Wy, co wszystko wiecie! Panna Migotka nie ma nawet sukienki! Nigdy, przenigdy nie chodziłabym bez sukienki, wolałabym raczej UMRZEĆ niż tak chodzić!
I Bufka cała we łzach wybiegła z salonu na korytarz. [...]Tymczasem Panna Migotka siedziała nachmurzona w salonie.
- Co się przejmujesz Bufką! - powiedziała Mimbla. - Ona zawsze z wszystkiego robi wielkie rzeczy.
- Ale miała rację - mruknęła Panna Migotka i spojrzała na swój brzuszek. - Powinnam mieć sukienkę.

[...]Panna Migotka nie wróciła do przyjaciół. Ruszyła dalej korytarzem, poczuła bowiem kuszący zapach pudru. Krążek światła kieszonkowej latarki wędrował po ścianach od góry do dołu, aż w końcu zatrzymał się na magicznym słowie "Garderoba".
- Suknie... - powiedziała szeptem. - Sukienki!
Nacisnęła klamkę i weszła do środka.
- Jak tu pięknie! - krzyknęła. - Cudownie!
Suknie, suknie, suknie. Wisiały w niezliczonych rzędach, setki sukien, jedna przy drugiej, gdzie tylko rzucić okiem: lśniące brokaty, lekkie obłoczki tiulu i ciemne aksamity, a wszędzie, niczym małe latarnie morskie, błyskały krótkim, szybkim światełkiem różnokolorowe pajetki.
Panna Migotka podeszła bliżej, olśniona. Dotykała sukien. Potem wzięła ich całą naręcz i przycisnęła do pyszczka. Suknie szeleściły, pachniały kurzem i perfumami. Panna Migotka zatonęła w ich miękkiej mnogości. Nagle puściła je wszystkie i stanęła na głowie.
"To dlatego, żeby trochę się uspokoić - szepnęła sama do siebie. Muszę się uspokoić, inaczej rozsadzi mnie ze szczęścia. Za dużo tego jest..."

[...]
- Szukałam sobie sukienki - zwierzyła się Panna Migotka. - I znalazłam kilkaset, i teraz cieszę się niesamowicie.
Bufka mruknęła coś niewyraźnie.
- Może tysiąc! - mówiła dalej Panna Migotka. - Przyglądałam się im i przyglądałam, i mierzyłam, i mierzyłam, i robiło mi się coraz smutniej.
- Coraz smutniej? - zdziwiła się Bufka.
- Tak, czy to nie dziwne? Było ich, rozumiesz, za dużo. Nigdy nie zdołałabym włożyć wszystkich i nigdy nie umiałabym się zdecydować, która jest najładniejsza. I w końcu prawie zaczęłam się ich bać. Gdyby były tylko dwie, to bym wybrała ładniejszą.
- Tak, to byłoby łatwiejsze - przyznała Bufka nieco rozpogodzona.
- I ostatecznie uciekłam - zakończyła Panna Migotka.

Przypominam sobie powyższy epizod z "Lata muminków" autorstwa Tove Jansson, ilekroć muszę dokonać wyboru spośród kilkudziesięciu bądź kilkuset różnych możliwości. Z pewnością Panny Migotki nie zrozumie żadna prawdziwa szafiarka, jednak doskonale zrozumieją ją ci, którzy kiedykolwiek robili remont i choć na chwilę zagłębili się w gąszcz katalogów, próbników i producentów, a także próbowali znaleźć wspólny mianownik dla własnych gustów, mód, rozsądku i budżetu.

Tymczasem sukienki szuka się wtedy, kiedy się jej chce i/lub potrzebuje, nie wtedy, kiedy inni mówią, że powinno się ją mieć.

28 maja 2009

Czekolada na telefon


Czekolada na telefon

Na wypadek napadu hipoglikemii powinna być usługa czekolady na telefon.

27 maja 2009

Śmierć w kuchni


Śmierć w kuchni

- Kochanie. Mamy martwą przestrzeń w kuchni - oznajmiam Mu rozdzierającym tonem.
- Och, to straszne - przejmuje się On i przytula mnie.
- Straszne - przytakuję. - I co z nią zrobimy?
- Pochowamy. Z wszelkimi honorami - oznajmia On.
- Aha.
- I to jak najszybciej. Zanim się zaśmierdnie - dodaje nieco zaniepokojony.

Wino


Wino

Przeprojektowuję kuchnię (po raz enty).
- Ojej. Ale zapomniałam o półce na wino. Musi być półka na wino?
- Kochanie. Bez półki na wino my w ogóle nie mamy o czym rozmawiać - odpowiada stanowczo On.

To brzmi dziwnie wieloznacznie.

24 maja 2009

Hurt i detal


Hurt i detal

Robię tłumaczenie.
- Mass teleporter to jak będzie?
- Masowy - odpowiada On.
- Masowy jakoś nieładnie... Może grupowy?
- Grupowy też może być.
- Ale teleporter grupowy brzmi jak seks grupowy.
- No to masowy. Przecież nie hurtownik! - irytuje się On.

23 maja 2009

Okulary


Okulary

Pierwsze okulary dostałam mając lat osiem. Od tamtego czasu uważam, że każde okulary mnie oszpecają, a próbowałam wielu kształtów oprawek. Teraz mam bezoprawkowe, też wyglądam w nich źle.

Ale w zasadzie jak wybrać odpowiednie okulary, jeśli u optyka są szkła zerówki, a w zerówkach ja wyraźnie nie widzę?

Kupię nerdy. Będę wyglądać jak debil, ale przynajmniej będę modna.

Mina pod psem


Mina pod psem

Rozmawiam z Siostrą przez GG. Wysyłam jej linka do aukcji ze szczeniakami beagle'i. Jednocześnie pokazuję Mu jedno ze zdjęć z aukcji, które szczególnie mi się spodobało.

- Ale ma minę, nie? 
- Uhm. Jak jakiś polityk. I to spojrzenie...

Jednocześnie...
Siostra: a minę ten ostatni ma jak On xD
Siostra: zmęczony życiem xD
Siostra: nie mów Mu tegooo
Siostra: bo mi nie pozwoli do Was przyjeżdżać ;P
Ja: Ciulejt.

(Zdjęcie pochodzi z aukcji tego użytkownika.)

Dwie drogi do Rockefellera


Dwie drogi do Rockefellera

Droga 1

Wzorem poprzedniej właścicielki mieszkania, które obecnie zaludniamy, należy kolejno:
- kupić kilka dóbr konsumpcyjnych na raty
- wymeldować się i kupić kolejne kilka rzeczy na stary dowód
- sprzedać mieszkanie
- przeprowadzić się i nie zostawić nowego adresu
- żyć sobie w błogiej nieświadomości windykatorów, komorników i coraz bardziej stanowczych wezwań wysyłanych zbiorowo pod stary adres.

Droga 2

Wydłubać z pierścionka zaręczynowego diament, sprzedać go, po czym zanieść pierścionek bez oczka do reklamacji. Dodatkowe dochody można uzyskać podając producenta do sądu i żądając zwrotu kosztów złamanego na diamencie zęba, najlepiej siekacza, bo ich odbudowa jest najdroższa. Opcja tylko dla posiadaczek dużego i prawdziwego diamentu w pierścionku.

Zalety i wady białych szafek


Zalety i wady białych szafek

Przy okazji porządków na dysku (mam taki wielgachny folder pt. podręczny, z którego On się śmieje, bo wrzucam do niego cały bałagan z pulpitu) znalazłam moje rozważania nt. plusów i minusów białych szafek kuchennych w porównaniu do fornirowanych.

Wklejam, może się komu przyda.

BIAŁE:
+ powiększają wnętrze
+ lakier dobrze się myje
+ są uniwersalne kolorystycznie
- bywa, że żółkną
- widać brud

FORNIROWANE:
+ drewno ładnie się starzeje
- ciężki wygląd
- trudniejsza pielęgnacja

22 maja 2009

Facet nie człowiek


Facet nie człowiek

On cytuje mi zabawną wypowiedź znajomego z sieci.
- To musi być fajny facet - śmieję się.
- Fajny facet?! - oburza się On. - Taki mały chłoptaś, metr pięćdziesiąt wzrostu...
- Kochanie, nie mówię o tym, jak wygląda, może mieć nawet... nie wiem... kutasa do pasa. Chodziło mi o to, że musi być fajnym człowiekiem.
- Nie, nie. Powiedziałaś, że jest fajnym facetem, to coś zupełnie innego niż być fajnym człowiekiem.

Mózg na ścianie


Mózg na ścianie

Dyskutujemy o kolorystyce dużego pokoju.
- To może ja w ogóle zaakceptuję wszystkie Twoje pomysły, i się przeprowadzę? - proponuje On.
- Możesz to pierwsze.
- Ale to jest ryzykowne! Możemy spróbować, ale jak się nie spodoba, to i tak musimy w tych kolorach żyć przez następne 10 lat.
- No, masz rację... Ale nie możesz mi zaufać? Czerwona ściana była strzałem w dziesiątkę.
- Ta. I przez nią się ciągle kłócimy.
- Jakie ciągle? Kłócimy się w normalnej częstotliwości. W poprzednim mieszkaniu ściany były białe, i kłóciliśmy się tak samo.
- Ale ja i tak wolę zwalać na ścianę - podsumowuje On.

21 maja 2009

Kosmiczne jaja


Kosmiczne jaja

Zagoniłam Go do wyrabiania ciasta.
- To się nie chce kleić - marudzi On, grzebiąc łapą w misce.
- Wyrabiaj, wyrabiaj, będzie się kleiło. A jak nie będzie, to dorzucę masła.
- Jak to: dorzucisz? A przepis?
- W tym cieście nie ma ścisłych proporcji. Wszystko zależy od tego, jakie masz jajka.
- O - ucieszył się On.

Paranormalnie


Paranormalnie

On ogląda miniserial o wilkołakach (przynajmniej tak mi to wyjaśnił).
- Honey. I love you - dobiega z Jego głośników.
- Słyszałaś to? - pyta mnie ucieszony On.
- Uhm. Cudowne. To wilkołak?
- Nie, duch.

20 maja 2009

Potulna Żona


Potulna Żona

Po lekturze tego artykułu spytałam Go:
- Kupisz mi poradnik "Potulna Żona"?
- Kupię - uśmiechnął się szeroko On.
- No, to masz już powód, żeby się ze mną ożenić. Bo bez ślubu nie będę Potulną Żoną.

Nie powiedziałam, że po ślubie zamierzam być...

Salon kąpielowy wielkości kangura


Salon kąpielowy wielkości kangura

Na forum dotyczącym urządzania łazienek otrzymałam sugestię - a w zasadzie: rozkaz - ukrycia pralki. Że niby psuje atmosferę i sprawia, że nie można się poczuć jak w przytulnym saloniku kąpielowym, tylko sugeruje, że jest się w pralni.

Jak wiadomo, różnica między pralką a słoniem jest taka, że pralkę można zasłonić, a słonia nie można zapralczyć. A potencjalny salonik kąpielowy ma wymiary przysłowiowego kangura. Dwa na dwa.

Na szczęście wolnoć, Tomku, w swoim domku. Saloniku kąpielowego nie będzie! Za to będą inne meble, szarozielony sufit i biały malunek z szablonu na tymże suficie, i więcej muszli.



Żeby nie było, to zastanawiam się nad tą pralką. Ale nie biorę pod uwagę tak popularnej zabudowy w słupku ani szafek na wysoki połysk. Jak również przeniesienia toalety do łazienki, a pralki do WC. Z dwojga złego wolę mieć pralnię niż sralnię zamiast saloniku.

Szczyty manipulacji


Szczyty manipulacji

- Zalogujesz się? - prosi mnie On.
- Ty się zaloguj za mnie - odpowiadam tonem rozkapryszonej księżniczki. - A jak skończysz, to przyjdź tu i podrap mi język, bo mnie swędzi.

Głos Boga


Głos Boga

- Kochanie..? Jak się nazywa takie coś, co wystukuje rytm w muzyce? - woła do mnie On z pokoju.
- Metatron - mówię do siebie, myślami będąc wśród "Obrońców Królestwa" Kossakowskiej. - Metronom!

19 maja 2009

Motylica


Motylica

Post wydłubany z kopii roboczych.

Pewna nasza znajoma uparcie w sieci nazywa się "sukkubicą". Podejrzewamy, że dodawanie na siłę żeńskiej końcówki do rzeczownika w rodzaju żeńskim bierze się stąd, że znajoma w rzeczywistości jest znajomym. Kto ją (go) tam wie - w sieci różne rzeczy się dzieją.

- Bo może on(a) myśli, że jak się przydomek nie kończy na "a", to od razu wszyscy ją wezmą za faceta? - zastanawia się Pchełka.
- Może. Ale Ty masz przydomek Motyl. Musisz zmienić.
- Na jaki? "Motylica"?

18 maja 2009

Czy Polska jest ssakiem?


Czy Polska jest ssakiem?

"Pokażmy Europie, że mamy swój pępek." - nawołuje billboard.
- Przecież Polska nie ma pępka - parskam lekceważąco.
- Skąd wiesz, że nie ma?
- Bo pępki mają tylko ssaki łożyskowe. A Polska nie jest ssakiem łożyskowym.
- A może jest? Ssakiem?
- A może i jest. Ssie, więc jest ssakiem.

Próby modlitewne


Próby modlitewne

Ćwiczę przed pokazem, Siostra obserwuje.
- Musisz inaczej te ręce dać, jak dajesz do góry - poprawia mnie.
- Jak inaczej? Dłońmi do środka? Będę wyglądała, jakbym się modliła!
- Nie, będziesz wyglądała DOBRZE. Włóż ręce do środka.
- Ale właśnie na tym polega modlitwa, że wkładasz ręce do środka.

15 maja 2009

Skille żony


Skille żony

- Że też tobie się chce tak bawić - wzdycha Pchełka, widząc jak zdejmuję pseudo-palmiery z blachy za pomocą łopatki. - Ja to zawsze rękami zdejmuję.
- Rękami? I nie parzy cię? Przecież to gorące.
- Nie, zostając żoną otrzymałam +10 do odporności na ogień.
- Aha. To jeszcze parę lat będę się bawić z łopatką.

Małpie figle


Małpie figle

- Wstawaj, moja ty małpeczko malutka.
- Nazwałeś mnie małpką?!
- Małpeczką. Bo tak leżałaś, jak taki miś koala.
- Ale miś koala nie jest małpeczką...
- Ale od misia koali blisko do małpeczki. Takiej z torbą.

14 maja 2009

Przygody skanera


Przygody skanera

Nasz skaner ma sporo lat, wiele już przeszedł, a kilka dni temu zrzuciłam go ze stołu.

- Ty... Działa! - zdumiał się On.
- No, działa. Przecież sprawdzałam - zademonstrowałam Mu zeskanowaną torebkę z nasionami.
- Nawet lepiej skanuje niż skanował. No, no... Może ja mu jeszcze kilka razy przywalę?

13 maja 2009

Żelazna kurtyna


Żelazna kurtyna

Scenka tramwajowa.
- Dobrze jest czasem porozmawiać z kimś z drugiej strony - przekonywał koleżankę licealista. - Możesz wtedy potwierdzić to, co już uważasz, i odkryć nowe rzeczy.
- Albo zmienić myślenie... - wtrąciła bojaźliwym tonem koleżanka.
- Nie, nie. Taka rozmowa ci w niczym nie zaszkodzi. Nie ma prawa. Bo wiesz, ateista nie przekona wierzącego, żeby przestał wierzyć. Za to jak się wierzący postara, to może nawet ateistę nawrócić!
- I zrobić dobry uczynek! - z zapałem spuentowała koleżanka.

Zagadka Darwina


Zagadka Darwina

- Jaka ty jesteś śliczna - myźnął mnie On, odrywając się na moment od robienia śniadania. - Mógłbym się teraz rzucić na ciebie.
- Tylko teraz?
- No, o każdej porze mógłbym.
- Oj, ty mój ogrze! Eee... ogierze!

12 maja 2009

Pokilki


Pokilki

Pokilki to te czynności, które codziennie zajmują nam po kilka minut, a zsumowane w skali roku dają efekt karygodnego wręcz marnowania czasu.

Mycie zębów. 3 minuty.
Mycie włosów. 4 minuty.
Grzanki. 5 minut z obu stron, 2 minuty tylko z dołu.
Herbata. 3,5 minuty.
Makijaż. 2 minuty.
Dostosowanie stroju do pogody. 5 minut. Co najmniej.

Poranek odmierzany pokilkami mija szybko.
Życie też.

10 maja 2009

Ekskomunika


Ekskomunika

Notatka dla samej siebie: już nigdy nie wydzwaniać zakonnicy lezącej środkiem ścieżki rowerowej, żeby nie usłyszeć pełnego irytacji: "A niech cię Bóg skarze!".

Tekst skądinąd znajomy, z rowerowych wycieczek w spódnicy. Choć wtedy to było: "Dziecko, czy ty się Boga nie boisz?!"

Cytat-rozmowa podsumowująca:
ja: Będzie mi widać majtki w tej spódnicy!
koleżanka z grupy tanecznej: Jest na to sposób. Nie zakładaj majtek.

Rachunek prawdopodobieństwa


Rachunek prawdopodobieństwa

Składając skarpetki w pary czuję się jak bohaterka licealnych zadań z rachunku prawdopodobieństwa: ile skarpetek trzeba wyciągnąć ze sterty, żeby mieć co najmniej jedną parę?

9 maja 2009

Kulinarne Waterloo


Kulinarne Waterloo

Sądzisz, że jesteś beztalenciem kuchennym?

NIE JESTEŚ SAM!

Przy pomocy mojego oldschoolowego piekarnika zrobiłam wczoraj muffinki naleśnikowe. Całkiem niewyrośnięte, twardawe, od spodu przypieczone, z wierzchu blade jak ser biały.

Na dodatek czekolada biała, która miała być na wierzchu, zemulgowała się. ZNOWU.

Kolejna rzecz, której w moim piekarniku piec nie można. 
I pierwsza moja całkowita porażka kulinarna.

Przezorny zawsze ubezpieczony


Przezorny zawsze ubezpieczony

- Kochanie. Coś czuję, że dziś jest dzień, w którym... - zaczął uroczyście On.
- W którym CO?
- ...w którym się pokłócimy. Więc już cię bardzo mocno przepraszam.

8 maja 2009

Zmarszczkom mówimy stanowcze nie


Zmarszczkom mówimy stanowcze nie

- Jestem już stara. Kupiłam sobie krem przeciwdziałający pierwszym zmarszczkom.
- Znaczy, przeciwzmarszczkowy? - upewnia się Pchełka.
- Nie, przeciwzmarszczkowy jest, jak już masz zmarszczki. A ten jest... em... naprzeciwzmarszczkowy.
- Jesteście dziwne. Wy, kobiety - podsumowuje z niesmakiem Luby.

Adresat nieznany


Adresat nieznany

- Kocham mojego kotka - zwierza się Werbenie Pchełka.
- Wiem, wiem - nieco znudzonym tonem odpowiada Luby.
- Nie mówiłam do ciebie...

7 maja 2009

Ruczajowe perypetie rowerowe


Ruczajowe perypetie rowerowe

Rzecz pierwsza - to kwestia jazdy po chodniku.
Kiedy jestem pieszym, bardzo mnie to denerwuje. Perspektywa zmienia mi się, kiedy sama wsiadam na rower i pruję przez Ruczaj. Wąskie osiedlowe uliczki są zwykle bezpieczne (poza barankami, którzy zapominają o kierunkowskazach) (poza owieczkami, które zapominają się rozejrzeć przed wejściem na jezdnię). Nerwy zaczynają się przy bardziej ruchliwych drogach.

Na porządku dziennym jest nadmierna prędkość i całkowite lekceważenie rowerzysty i mijanie go o milimetry. Wjazd na chodnik wydaje się koniecznością, choć wtedy ryzykujemy mandat. Lepiej zaryzykować mandat czy zdrowie i życie?

Rzecz druga - PIESI. On zawsze złości się na mnie, bo kiedy idę, bywa, że nagle się zatrzymuję albo gwałtownie skręcam, albo nieoczekiwanie zawracam. Ale nie to mnie denerwuje w ludziach - wszak na jezdni i ścieżce rowerowej w ogóle ich nie powinno być, a na chodniku oni są u siebie i ja powinnam się dostosować. Czy nie tak? Tak!

Ale jest taka uliczka: Ruczaj. Długa dość, ale wąziutka. Bez chodnika. I dziś wydzwoniłam na niej trzech pieszych, lezących w najlepsze po PRAWEJ stronie jezdni. W tym kompletnie nieodpowiedzialną matkę z dzieckiem. Pewnie też jej się wydawało, że jest rowerem.

I mam nowy tekst do puli mini-przemówień wygłaszanych po wydzwonieniu, a koniecznie przed zbluzganiem przez pieszego: CHODZI SIĘ LEWĄ STRONĄ, jeździ prawą!

Jak usłyszycie o rowerzystce, która na Ruczaju rozjeżdża matki z dziećmi, to będzie znaczyło, że straciłam cierpliwość.

Ach, ten marketing...


Ach, ten marketing...

O drożdżach suszonych: "można je długo przechowywać i są zawsze świerze, w odróżnieniu do świeżych drożdży, które czasmi okazują się nieświeże"

Bo świeże bywają nieświeże, za to świerze zawsze są świeże!
Logiczne, prawda?

Toaletowe rozterki


Toaletowe rozterki

Powolutku kształtują się już koncepcje kolejnych pomieszczeń... Na tapecie obecnie jest toaleta - najmniejsze i, jak się okazało, najbardziej problematyczne wnętrze w całym mieszkaniu.

- A może fototapeta..? - proponuję.
- Nie, nie. Nie chcę mieć fototapet w połowie mieszkania.
- No dobrze, to można by w zasadzie takie zdjęcie perspektywiczne powiesić na ścianie po prostu.
- Ale po co?
- Żeby... No, optycznie powiększyć wnętrze i je ozdobić?
- Jak chcesz ozdobić kibel, to powieś tam jakiś śmieszny papier toaletowy.
- Na przykład w sudoku? Wtedy miałbyś tam co robić.
- ZAWSZE mam tam co robić w kiblu. Wiesz, nie chodzę tam dla przyjemności.

5 maja 2009

Trudne decyzje


Trudne decyzje

- Kochanie..? Naprawdę nie masz pomysłu na kolorystykę? - smęcę Mu, kartkując znudzona katalog kolorów firmy farbiarskiej X, z której palety i tak nie będziemy korzystać, bo Pan-od-Remontu (PoR) używa tylko produktów firmy Y.
- Jaką kolorystykę? - wybałusza oczy On.
- No... Nie mamy kolorów do łazienki, do przedpokoju, do toalety i do dużego pokoju.
- I po to tyle czasu wymyślałem idealne kolory do całego mieszkania, żeby teraz od nowa wymyślać?!

Ta. "Wymyślałem". To ja wymyślałam i Go przekabacałam. Ale ćśśś...

Biel everywhere


Biel everywhere

Po długich bataliach meble do kuchni wybrane. Jak widać, będą białe, co skłoniło mnie wczoraj do pewnych przemyśleń.

Mam dwie pary białych butów. "I nie bałaś się, że będą się brudzić?" - słyszę.
Na wieść o białej kuchni podobnie: "Białe szafki? Wciąż będziesz je czyścić!"

Jednak nikt nie radzi mi: "Nie kupuj beagle'a, bo biały pies łatwo się brudzi!". A widziałam wczoraj białego teriera West Highland, dziwny okaz w kolorze brązowo-żółtym. Białe psy zdecydowanie brudzą się łatwiej niż umaszczone kolorowo, śmiem przy okazji twierdzić, że czyści się je sporo trudniej niż białe szafki. Chociażby dlatego, że szafki nie zwykły uciekać podczas mycia.

Teorię brudu na białym zna doskonale Angelina Jolie. Żadne z dzieci, które adoptowała, nie było białe. Bo przecież białe tak łatwo się brudzi...

Ręce jak lód


Ręce jak lód

Dotknęłam Go lodowatą dłonią, jakiś kwadrans po wstaniu z ciepłego łóżka.

- A! - wrzasnął On.
- Czy ty mi możesz wyjaśnić, dlaczego mam już zimne ręce, mimo że miałam tak mało czasu na marznięcie?! - spytałam z pretensją w głosie, jakby to była Jego wina.
- To proste. Dlatego, że nie nałożyłaś skarpetek - wzruszył ramionami On, wpatrując się w moje bose stopy.

4 maja 2009

Wiarołomstwo


Wiarołomstwo


- Kupiłam ci coś dobrego na spróbowanie! - oznajmiłam stawiając przed Nim to.
- Hm. Organiczne CO?
- Organiczna lemoniada. Jest slow-foodowa! - zapewniłam entuzjastycznie.
- Aha. No, zobaczymy. Przyniesiesz szklanki?
- Ale, ale... Co ja widzę?! KUPIŁEŚ COLĘ?! - zawołałam z kuchni, nieco zaskoczona dwulitrową butlą królowej fast-foodowych napojów korporacyjnych.
- Tak! Ale wiesz co? Ja jej nie kupiłem do picia! Tylko do drinków!
- Ach, tak... - pokiwałam głową notując obecność Chivas Regal obok dwulitrowej butli.
- Bo tak solo żłopać whisky... to obciach...

Browarchlak


Browarchlak

Coś takiego wisiało na billboardzie po drodze od nas do centrum.

Jakoś po tygodniu od ujrzenia plakatu zajarzyłam, o co chodzi, i postanowiłam się Mu pochwalić.

- Wiesz, już zrozumiałam ten rebus na billboardzie - zagadnęłam Go.
- Tak? Bo my się właśnie naśmiewaliśmy z tego, i E. wymyśliła, że to na pewno jest bro-warchlak.
- Hm... Ja myślałam, że bro-świnia... Kombinowałam tez z maciorą, prosiakiem... W końcu doszłam do wniosku, że firma nazywa sie BroKnur.
- Żartujesz sobie? - pyta On, patrząc na mnie, jakby właśnie odkrył nowy nieznany gatunek chrząszcza.
- Nie...
- A podobno masz taką wysoką inteligencję słowną...

Podobno mam. Ale za rebusy bez okularów się już nie zabieram.

2 maja 2009

Kok


Kok

Zrobiłam lasagne, On grał na gitarze.
Zjadłam lasagne, On grał na gitarze.

- Jakbym miał kogoś, kto mnie nakarmi, to bym zjadł - On znacząco zeznął na mnie.
- Kochanie..! - z oburzenia aż się zachłysnęłam.
- Hm?
- Powiem łagodnie: pocałuj się w swój... cock.
- W kok?

1 maja 2009

Rowerem do Tyńca


Rowerem do Tyńca

Krakowskie opactwo benedyktynów w Tyńcu znajduje się w bardzo malowniczym miejscu. Trasa, która do niego prowadzi, także jest niezwykle malownicza. Cała wycieczka osobie o przeciętnej kondycji zajmie jakieś 3 godziny (w obie strony) plus czas spędzony w samym opactwie. Odległość około 12 km (z Ruczaju).

My wybraliśmy dziś trasę wzdłuż Wisły - jest to fragment tzw. Wiślanej Trasy Rowerowej. Mogę spokojnie polecić jazdę tym sposobem, bo choć podróż ulicą Tyniecką jest o jakieś 2 km krótsza, to jazda po wale nadrzecznym obfituje w miłe widoki, a ponadto jest o niebo bezpieczniejsza. Ostrożność trzeba zachować na odcinku końcowym - przed stopniem wodnym Kościuszko skręcamy w ulicę Kolną, która doprowadza nas do dość ruchliwej Tynieckiej.

Samo opactwo jest bardzo przyjemnym miejscem. Warto obejrzeć kościół z barokowym ołtarzem włoskiej roboty oraz amboną projektu pewnego niemieckiego rzeźbiarza. Godne uwagi są dwa lokale gastronomiczne na terenie klasztoru: kawiarnia i restauracja. Polecam także sklepik z produktami benedyktyńskimi, choć odkąd mnisi rozszerzyli swoją działalność na całą Polskę, sklepik w opactwie przestał być taką atrakcją. U stóp wzgórza płynie Wisła, bardzo wąska w tym miejscu, przez co brzeg staje się przyjemnym miejscem na mały piknik (bez grilla!). Jedzenie można umilić opowieścią o Walgierzu Wdałym, który niegdyś ponoć zamieszkiwał te tereny.

Jaja tynieckie


Jaja tynieckie

Zrobiliśmy sobie z Nim wycieczkę rowerową do Tyńca. W zasadzie pieszo-rowerową, bo w pobliżu opactwa Jego tylne koło sflaczało całkowicie, co zmusiło nas do krótkiego spaceru oraz powrotu autobusem.

- O, zobacz. Jajka benedyktynów! - ucieszył się On, kiedy snuliśmy się po sklepiku z produktami benedyktyńskimi.
- No, jajka. Coś w tym dziwnego?
- Ciekawe, czy to ICH WŁASNE jajka... - szepnął konspiracyjnie On.
- Raczej nie. To przecież zwyczajni benedyktyni, nie sekta skopców.