Śmiałyśmy się z Mamą, że pewnie mają jeden taki designerski przedmiot w redakcji i dlatego tak go eksponują - zawsze stał na honorowym miejscu. Śmiech śmiechem, ale obecnie wyciskacz to klasyka stylu New Design. Nadal można go kupić i nadal nie kosztuje mało.Urazy z dzieciństwa
Święto Dziękczynienia
- Dziękuję za obiadek, kochanie - przymilił się On.
- Cieszę się, że ci smakowało - odparłam nieuważnie.
- Nie mówiłem, że mi smakowało, tylko dziękowałem za obiadek - obruszył się On.
Poezja smaku
Skąpiradło
Zawsze się z Niego śmieję, że gdyby nie ja, jadłby na gazetach. (Tak zresztą robił mój nieżyjący już Dziadek, kiedy mieszkał sam. Uważał, podobnie jak On, że nie ma sensu brudzić talerzy, skoro mieszka sam.) Kanapki On jada na deskach do krojenia, a tosty na blaszce z małego piekarnika. Kiedy nie mieliśmy zmywarki, przymykałam na to oko, bo oszczędzał mi zmywania - ale teraz uważam to za straszną głupotę i tępię, tępię, tępię!
Dziś On wyjął nowe opakowanie tabletek do zmywarki, bo w starym widać było już dno.
- Szybko zużywamy te tabletki - skrzywił się niechętnie, przesypując resztki starych do nowych.
- Szybko? Moi Rodzice nastawiają zmywarkę nawet dwa razy dziennie, a my od dwóch miesięcy mamy jedno opakowanie!
- Fakt. Czyli wychodzi, że średnio nastawiamy co dwa dni.
- Tak jest - potwierdziłam, posypując tosty mieszanką bazylii i oregano.
- Ale wiesz, to tylko dlatego, że jak wyjeżdżałaś, to ja w ogóle nie nastawiałem zmywarki, żeby oszczędzić.
- I zmywałeś ręcznie, żeby oszczędzić? - zakpiłam.
- Nie, w ogóle nie zużywałem naczyń. Jadłem na gazecie - dodał szybko On, widząc moją dziwną minę. - I kroiłem ser ręką... Nie, odgryzałem kawałki sera!
- Kochanie. Gdybyś mieszkał w Szkocji, wypędziliby cię za skąpstwo - stwierdziłam z niesmakiem. On milczał znacząco. - Ale że mieszkasz w Krakowie, to nie masz się czego obawiać - podsumowałam.
Nienawidzę Onetu
Ubieranki
- Idę się ubrać - decyduje On koło południa. - No, już, ubieram się! - zapowiada, ciągnąc do góry moją koszulkę z piżamy.
- To się ubieraj, a nie mnie rozbierasz... - marudzę.
- To chodź, kochanie, ubierzesz się - zmienia front On.
Jesienne niby-curry z kury
Archetyp hot-doga
Pchełka ostatnio opowiadała nam swoje negatywne wrażenia z degustacji hot-doga, który kusi wielkim bannerem przy stacji benzynowej w pobliżu "naszego" przystanku.
- Wiesz, ale te hot-dogi wyglądają bardzo apetycznie - mówię Mu, kiedy mijamy banner, głodni, ale pomni słów Pchełki.
- Ba! Te hot-dogi wyglądają idealnie, jak archetypiczne hot-dogi, one by mogły być w jaskini Platona i rzucać cień! - zachwyca się On.
Wyglądem by mogły. Smakiem nie bardzo. Podejrzewam jednak, że zdjęcie przedstawia tzw. mock upy, czyli modele jedzenia wykonywane na potrzeby reklam.
Jajecznica u okulisty
On wrócił z wizyty u okulisty, podczas której miał zidentyfikować swoje opuchnięte oko.
- I co, kochanie? - pytam Go po powrocie.
- Czeka mnie amputacja powieki... - odpowiada grobowym głosem On.
- No bez jaj... - przestraszyłam się lekko.
- Bez jaj - kiwa głową On. - Tylko powieka, jaja zostają.
Na szczęście to nic poważnego, musi tylko smarować oko jakąś maścią i zbadać sobie krew.
Nieprzepisowe zachcianki
Fabuła filmu "Julie & Julia" opiera się na przepisach: jedna z bohaterek pisze książkę kucharską, którą później druga bohaterka czyta dzień po dniu przez okrągły rok, wypróbowując kolejne przepisy.
Podziwiam Julie Powell za to, że udało jej się tak długo tłumić swoją indywidualność i wiernie stosować się do receptur kogo innego. Podziwiam - bo ja nie potrafię stosować się do przepisów. "Nie potrzebujecie przepisów, gdy znacie podstawy gotowania. Jeśli ktoś jest tak głupi, że bez przepisu nie zrobi czegoś takiego, to nigdy niczego nie ugotuje" - powiedziała... Julia Child! Po czym napisała książkę kucharską.
Wychodzę z podobnego założenia. Stosując zasady sztuki kulinarnej można stać się co najwyżej dobrym rzemieślnikiem, wiernym odtwórcą, doskonałym kopistą. Dopiero naginając je i łamiąc stajemy się artystami.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio gotowałam czy piekłam coś dokładnie według przepisu. Zawsze dodaję czegoś na oko, wymieniam składniki na inne, które akurat mam w domu lub też na bardziej odpowiednie przy Jego alergii, albo po prostu na lepiej - moim zdaniem - pasujące do danej potrawy.
Dziś upiekłam muffinki, niby te, ale nie do końca. Zamiast budyniu waniliowego dałam czekoladowy, zamiast gruszek brzoskwinie z puszki, a gotowe babeczki udekorowałam nitkami białej czekolady. Niewątpliwie wersja oryginalna - która przecież też powstała jako pomysł autorski! - jest przepyszna, ale cóż ja poradzę, że miałam puszkę brzoskwiń, a gruszki ani jednej? Uruchomiłam wyobraźnię, dodałam do niej swoją dzisiejszą czekoladową zachciankę i Jego ulubione brzoskwinie...
Miłość i wyobraźnia to najlepsze przyprawy, które w dodatku pasują do wszystkiego.
Być jak Cosmogirl...
Pchełka w oczekiwaniu na obiad dorwała Cosmopolitan.
- "50 sexy rad, jak dotykać go tam na dole" - przeczytała głośno. - Tam na dole to znaczy gdzie?
- W piwnicy - odrzekł Luby.
Otwieram wino ze swoją dziewczyną
Piliśmy wczoraj wieczorem wino zagryzając palmierami z pesto i żółtym serem. Mnie już wtedy pobolewała głowa, jak to zwykle w te dni.
- W jakiej książce było to wino, przy którym najpierw się miało kaca, a później się je piło? - spytałam omdlewającym głosem dzisiejszego ranka.
- W "Piramidach" - odparł od razu On. - A co, masz kaca? Mój ty mały kacyku...
- Nie dotykaj mojej głowy! I nie mam kaca, tylko głowa mi pęka!
- Zamknij sobie oczka... Poleż spokojnie... Możesz mnie pomyziać...
- Nie mogę... - jęknęłam. - Jak zamykam oczy, widzę długi tunel i na końcu światełko. To każe mi myśleć, że to moje ostatnie godziny, bo jestem w stanie śmierci klinicznej.
- No widzisz! To możesz mnie pomyziać. Co ci szkodzi?
Soft
On kupił mi płyn do kąpieli pt. SoftWash.
- Umyję się twoim płynem - zapowiedział wczoraj.
- Moim płynem SoftWash?
- Tak.
- Dla facetów powinni zrobić specjalną wersję: HardWash. Faceci nie powinni być soft, to niemęskie.
Debaty barowe
Dziś przyjmowaliśmy Pana-od-Baru: Pchełka jako Właścicielka, ja jako Wizja Artystyczna, Luby jako Głos Rozsądku, On jako Naczelna Maruda.
- Mam ochotę wam to wszystko zostawić i tylko zapłacić rachunek - westchnęła Pchełka po dwugodzinnych debatach nad barem, najpierw z PoBem, później bez niego.
- Świetnie! - ucieszyliśmy się z Lubym. - Ile możemy dostać prowizji?
- Choć w zasadzie mogłabyś tak zrobić... Określ budżet i daj nam wolną rękę, a ja gwarantuję, że Ci się spodoba - dodałam po krótkim namyśle. - W końcu ja tu jestem od tego, żeby było ładnie.
- Ty będziesz dbać o to, żeby było "ładnie", ja cię będę tępił, aż w końcu wyjdzie "sensownie" - obiecał Luby.
Semantyka jabłek
Degustacja
Zdrowo czy niezdrowo?
PS. Braciszek ma lat 14, ale dla mnie i tak jest Braciszkiem.
Śmierć kociaka
- Chyba jakoś wczoraj jedna z wiszących doniczek spadła - raportuje mi On za pośrednictwem SMSa.
- Dobrze, że nikt po łbie nie dostał. Ale przyniosłeś..? - odpisuję.
- Zgniotło tylko jakiegoś kociaka. Oczywiście, że przyniosłem - odpowiada błyskawicznie On.
- Przyniosłeś kociaka czy zawartość doniczki?
Pszenżyto po żydowsku
Piwowarstwo
Tuż obok nas mieści się siedziba sklepu internetowego z akcesoriami do tzw. homebrewingu, czyli domowego wyrobu piwa. Wczoraj podrzuciłam Mu (i Lubemu) linka do tegoż sklepu. On bardzo się napalił na produkcję, postanowił jednak najpierw dokształcić się teoretycznie.
- "Dostosowywanie ph i składu wody" - mruczy do siebie. - To sobie chyba podaruję... "Metody sterylizacji w piwowarstwie"?! Ja sobie chyba podaruję to warzenie... To jest niebezpieczne.
- Ależ, kochanie, chodzi o sterylizację butelek, nie piwowara... - tłumaczę Mu łagodnie.
Swoją drogą, wczoraj czytałam jakiś wątek na forum piwo.org, w którym każdy post z jakąś formą słowa "warzyć" był poprawiony przez moderatora na "ważyć"...
Skubanie praciotki
On ma zwyczaj rzucania określeniem "skubany!", jeśli coś robi na Nim wrażenie. Dziś był z wizytą u swojej dalekiej ciotki.
- I wiesz, poznałem tę... Eufrozynę.
- Praciotkę?
- Tak, praciotkę. Ty wiesz, że ona ma 90 lat? Skubana!
Pewnie Was to nie śmieszy, ale mnie i owszem.
Powszechnie jednak wiadomo, że ja nie mam poczucia humoru.
Słupki w PKP
Jechałam dziś pociągiem. To był głupi pomysł, bo utknęłam na ponad godzinę na stacji Jaworzno Szczakowa, gdyż rosnące przy torach drzewo przewracając się pod ciężarem śniegu zerwało trakcję. Co roku zima zaskakuje drogowców, dziś zaskoczyła chyba wszystkich, łącznie z samą sobą. Wracając do tematu, z powodu przymusowego postoju straciłam połączenie do rodzinnego miasta, więc zdecydowałam się oddać niewykorzystany fragment biletu. Nie dla pieniędzy. Dla zasady.
Procedura oddawania biletu nie jest łatwa, ale miałam czas, na dworcu było ciepło, w przeciwieństwie do terenu poza budynkiem dworca, więc pomaszerowałam grzecznie do Informacji, gdzie przemiła grubiutka pani z poważną wadą wymowy poświadczyła mój bilet jako częściowo niewykorzystany.
Następnie udałam się do jednej z kas, gdzie miano mi zapłacić za tę trasę, której nie przejechałam. Pan w kasie spojrzał nic nierozumiejącym wzrokiem na bilet, potem na mnie, potem na bilet... Odwróciłam blankiet. "Chciałam zwrócić!" - huknęłam przez grubą szybę. Kasjer nie odezwał się. Położył bilet na środku biurka i wpatrywał się w niego jak zaczarowany. W końcu wstukał coś w komputer. Popatrzył na ekran. Popatrzył na bilet. Popatrzył na ekran...
Podsunął sobie karteczkę. Napisał na niej 12 (cena całego biletu), pod spodem 8 (cena biletu na trasie Kraków-Katowice). Podkreślił słupek kreseczką. Pomyślał chwilę. Dopisał minus obok ósemki. Pomyślał. Podliczył słupek: 4. Kiwnął głową, ale jeszcze sięgnął po kalkulator - dla pewności. Odjął 8 od 12. Dał mi dwie dwuzłotówki.
Ja rozumiem, że ludzie na granicy normy umysłowej nie powinni być wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Naprawdę, rozumiem to, jak ważne jest zatrudnianie niepełnosprawnych. Całym sercem to popieram. Ale dlaczego to akurat PKP, w całym majestacie swojego brudu, smrodu, spóźnień i absurdów, musi stawać się tym zakładem pracy chronionej?!
Słowa zapomniane
"Julie i Julia"
Julie & Julia, USA 2009
"Kochanie"
Wyspiański?
Tajemnica budzika rozwiązana!
Dziwowaliśmy się oboje nad mechanizmem przyspieszającym upływ czasu, wmontowanym w nasz budzik.
Wczoraj Tato* nas oświecił: takie mechanizmy są niezbędne przy zegarkach nakręcanych, bo z czasem sprężyna się naciąga i trzeba przyspieszyć zegarek, żeby nadal odwzorowywał wiernie upływ czasu.
* Tato to Jego tata, a Tata to mój tata.
Prośbą i groźbą
On wychodzi na zajęcia.
- Możesz mi jeszcze sprawdzić, ile dokładnie kosztuje ten piekarnik?
- Uhm. Już. Mmm, jak ślicznie pachniesz... - łowię nosem niebiańską woń Fahrenheita.
- Muszę, przecież dzisiaj widzę się z Agatą.
- Uhm... - mruczę nieuważnie, wklepując adres sklepu internetowego. - Ejże. CO POWIEDZIAŁEŚ?!
- Kocham cię... - potulnie "powtarza" On.
Standardy obsługi bis
Jeden z Lokali Bez Papierosa na krakowskim Starym Mieście.
- Czy zdołałyście panie coś wybrać? - zagaduje nas tonem wręcz zalotnym kelnerka.
- Tak, po wielu trudach udało się - odpowiadamy z humorem. - Poprosimy macchiato... i...
- Ale panie wiedzą, że macchiato to jest takie bardzo małe espresso? - pada pełne troski pytanie.
Było miło, choć niekonwencjonalnie.
Płeć
- Jak już pogadam z tym facetem... - zaczynam.
- Z facetem? A to nie miał być ksiądz? - przerywa mi On.
Pissing i pedicure
- Musisz zdecydowanie obciąć paznokcie - mówi On, obrzucając krytycznym spojrzeniem moje stopy.
- Wiem... Tak strasznie nie lubię tego robić... - jęczę w odpowiedzi.
- Może idź z tym do kosmetyczki? - sugeruje On.
- Nie mogę... Przecież bym ją obsikała... - marudzę. (Mam straszne łaskotki na stopach, które wyzwalają od razu jakieś niekontrolowane reakcje.)
- Mam pomysł! Wejdź na jakieś forum dla dewiantów... Na pewno znajdziesz babkę, może niekoniecznie kosmetyczkę, która ci zrobi pedicure za bycie obsikaną...
Radość
A to wszystko z powodu piekarnika...
"Moje Winnipeg"
"Wszyscy mamy swoje mitologie prywatne. Odkrywam miejsca i wydarzenia, które ukształtowały moją wrażliwość. [...] Kino powinno uświadamiać to, co podświadome" - mówi Guy Maddin.
I tworzy film, który staje się paradokumentalną bramą do świata jego dzieciństwa. Rodzinne miasto widziane oczami dziecka i nastolatka, podróż sentymentalna po nieczynnym już kąpielisku, domu towarowym, stadionie. Tragikomiczne wspomnienia, niektóre będące tworem wyobraźni, ale świetnie wpasowujące się w oniryczny nastrój filmu. 80 minut w półśnie.
Każdy z nas ma taki film w głowie. Maddin pomaga to sobie uświadomić.
My Winnipeg, Kanada 2007
Standardy obsługi
Podczas pobytu w Londynie zgodnie doszliśmy z Nim do wniosku, że między uprzejmością Polaków a Anglików przy obsłudze klienta jest przepaść: Polacy są uprzejmi, bo tak im każą szefowie, bo inaczej wylecą z pracy, bo tak trzeba - a Anglicy po prostu są uprzejmi, bo niby czemu nie.
W miniony weekend odwiedziła mnie Mama i w jej towarzystwie miałam okazję potwierdzić moją teorię. Stało się to w sklepie z rajstopami Znanej Firmy na C mieszczącym się w Galerii Handlowej Przy Dworcu. Wybierałyśmy rajstopy do zestawu promocyjnego 5 w cenie 4, debatując nad kolorami, rozmiarami i preferencjami mojej Siostry, której wtedy nie było z nami.
- Może pomóc z rozmiarkiem? - zagadnęła Mamę sprzedawczyni.
- Nie, dziękuję za pomoc - odpowiedziała Mama.
- Może pomóc dobrać rozmiarek? - usłyszałam z kolei ja.
- Hm, już chyba pani pytała. Nie, dziękuję.
- A to panie są razem? - zdziwiła się sprzedawczyni. Zachowałyśmy pełne godności milczenie, bo czyż odpowiada się na pytanie retoryczne?
- Jak znajdziesz różowe trójki, to mi powiedz - zakomunikowałam Mamie, grzebiąc wśród wieszaczków.
- A to ty trójki? Myślałam, że jej [Siostrze] trójki, a tobie dwójki.
- Nie, dwójki na mnie za krótkie - roześmiałam się mając w pamięci ostatnie przejścia z rajstopami w stylu hiphopowym, czyli krok w kolanach.
- Ja to pani mogę rozciągnąć na kolanku - zaproponowała usłużnie sprzedawczyni, skwapliwie podsłuchująca nas z bezpiecznej odległości. Zazgrzytałyśmy zębami.
- Nie, dziękujemy - odparłyśmy unisono.
- Jednak nie chcę różowych - powiedziałam do Mamy, nie znalazłszy swojego rozmiaru w tym kolorze.
- Ale różowy to taki modny kolor! - powiadomiła nas sprzedawczyni.
Wyszłyśmy.
Odczynić herbatę
- Zauważyłaś, że jak się doleje soku malinowego do herbaty, to na kubku nie ma osadu? - odkrył On.
- Pewnie dlatego, że herbata z malinami jest kwaśna, a bez niczego ma odczyn zasadowy.
- Chyba osadowy - zażartował On.
Ironing party
Sprzątamy przed przyjazdem mojej Mamy - m. in. chowamy w sypialni siatę z prasowaniem.
- Mam pomysł. Pożyczymy sprzęt od sąsiadów i zrobicie sobie z mamą ironing party na dwa żelazka! - wpada na koncept On.
Patrzę na Niego z politowaniem.
- A może my usiądziemy na ploteczkach, a ty staniesz za deską..? - proponuję.
- Nie ma mowy.
- To o ironing party też nie ma mowy - podsumowuję kategorycznie.
- Tylko nie powtarzaj tego pomysłu mamie...
- Nie powtórzę. Opublikuję na blogu - uśmiecham się wrednie.
Pozdrawiamy Mamę, która miała swoje ironing party przed przyjazdem do nas.
Kurczak ze Wschodu
Półśrodki
Są takie dwa połówkowe miesiące w roku, w których strasznie marznę. Właściwie marznę przez okrągły rok, nawet w upały miewam lodowate dłonie i stopy, ale w maju i wrześniu to przechodzi ludzkie pojęcie. Maj jest jeszcze chłodny, a kaloryfery już nie grzeją, a wrzesień już jest chłodny, a kaloryfery jeszcze nie grzeją.
- Proszę mi kupić kapcie elektryczne - zażądałam od Niego, czując, jak stopy zamieniają mi się w kostki lodu, mimo dwóch par grubych skarpetek i 21 stopni w mieszkaniu.
- I co jeszcze? - spytał ironicznym tonem On.
- I jeszcze... rękawiczki elektryczne... i krzesło elektryczne.



