Chochla do góry!


- Zapisałem już komodę. I karnisz - oznajmił On, robiąc listę przed wycieczką do Ikei.
- Dopisz jeszcze obrus.
- Jaki obrus?!
- Ten, z którego chcę zrobić zasłonę, mówiłam ci. A, i chochle.
- Chochle... - powtórzył bezmyślnie On. - Jak to się pisze?
- Przez ce-ha.
- Hm. Wygląda dziwnie. Powinno się pisać przez samo ha, bo brzmi trochę jak hände hoch.

W naszym ogródeczku zrobimy porządki


W naszym ogródeczku zrobimy porządki

- Chodź, chodź, pokażę ci - pociągnął mnie za rękę On.
- Co mi pokażesz?
- Ułożyłem już moje skarpetki, zobacz! - On zaprezentował mi szufladę w naszej nowiutkiej komodzie.
- Wyglądają... dziwnie - wytrzeszczyłam oczy na widok kilkunastu identycznych czarnych kłębuszków stłoczonych w szufladzie jeden obok drugiego.
- Jak grządka cebuli, nie?
- Grządka czarnej cebuli - przytaknęłam.

W ogóle na jesienną chandrę nie ma to jak komoda.

29 listopada 2009

Oda


Oda

- W dooomach z betooonu nie ma wolnej miłości... - zawodziłam nakładając buty.
- Śpiewasz odę do mascarpone? - spytał On, wystawiając głowę z sypialni.
- Nie, śpiewam o domach z betonu.
- Domy z betonu są niepokojąco podobne do mascarpone - zmarszczył nos On.
- Na szczęście tylko fonetycznie - uspokoiłam Go.

Smak kobiety


Smak kobiety

Abirek i moja Siostra prowadziły degustację ciasta cytrusowego, które upiekłam.

- I jak? - spytałam po chwili.
- Dobre - odpowiedziały unisono.
- Tylko Abirek mówi, że lepsza byłaby mleczna czekolada na wierzchu zamiast gorzkiej.
- No wiesz! - fuknęłam na Abirka. - Musi być gorzka, z mleczną byłoby gorsze, za słodkie, i nie takie, a w ogóle to gorzka czekolada jest zdrowsza, no i tylko taką miałam w domu - przerwałam dla nabrania tchu. I usłyszałam wybuch śmiechu, bo...

...minutkę wcześniej, kiedy dałam im ciasto, nastąpił taki dialog:
- Lepsze byłoby z mleczną niż z gorzką - mlasnął Abirek.
- Powiedz jej to - wzruszyła ramionami Siostra.
- E, lepiej nie, bo usłyszę wykład, dlaczego musi być z gorzką...

28 listopada 2009

Grabki


Grabki

- Wiesz... Jutro jemy trzy potrawy, które sama wymyśliłam - zwierzyłam Mu się.
- Congratki! - zawołał cokolwiek za głośno, bo zza zasłony Wielkich Słuchawek On.
- Grabki? - zdziwiłam się.
- Nie, con-gratki! Takie lepsze gratki!

27 listopada 2009

Games people play


Games people play

Natknęłam się ostatnio na dwie wręcz doskonałe w swej głupocie reklamy.

Pierwsza jest reklamą kabanosów. Kabanosy jakie są, każdy wie, i jak są pakowane, zapewne też. Otóż na plakacie, o którym mowa, wątpliwej urody opakowanie kabanosów spoczywa sobie na atłasowej czerwonej poduszce, gustownie podświetlone. Obok widnieje hasło: "Smak w wytwornej oprawie". CO wytwornego jest w kabanosach, czy ktoś mi może to wyjaśnić? Chyba że producent w zaciszu domowym stosuje dla nich tę samą nazwę co moja Rodzina: futerko Franka (od: frankfurterka). Futro z definicji jest wytworne, abstrahując od jego pochodzenia.

Drugą reklamę znalazłam w czasopiśmie pt. Miasto Kobiet. Jest tam taki modulik, który reklamuje Studio Paznokci*. Pod napisem "Studio paznokci", tuż obok zdjęcia dwóch stóp z jakimś dzikim dwukolorowym pedicure, nurzających się w wodzie i świeżych kwiatach, widnieje hasło "Nowość: przedłużanie rzęs!". Rzęs na paznokciach?

* A propos takich wydumanych nazw - zawsze przypomina mi się Andrzej Stasiuk. Cytat cokolwiek niecenzuralny. "W najgorszych pipidówach wyjebane neonowe szyldy: »Świat łazienek«, »Kraina armatury«, »Salon zlewozmywaków«, »Galeria sraczy«, »Studio parapetów», »Świątynia bidetów«, mój kraj jest głupi jak but i zawsze będzie wyglądał jak stróż w Boże Ciało, zawsze się będzie pindrzył jak cieć do kościoła."

26 listopada 2009

Groch z kapustą


Groch z kapustą

- Zjadłbym bigos - oznajmił On. - Pójdę sobie do knajpy, bo ty pewnie nie umiesz robić bigosu.
- No wiesz! Pewnie, że umiem!

Tym samym dałam sobie wjechać na ambicję i popełniłam bigos. Oczywiście to nie była dla mnie żadna nowość, parę razy obserwowałam przygotowywanie tej potrawy w domu rodzinnym, ale zrobić coś samemu - to wyższa szkoła jazdy. Do pomocy zaprzęgnięto panią Szymanderską, pana Łebkowskiego oraz moją Mamę. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo bigos smakował dokładnie jak ten autorstwa mojego Taty.

Jednak to chyba ostatni raz, jak gotuję kapustę. Całą dobę wietrzyliśmy mieszkanie i klatkę schodową. Następnego dnia, kiedy miałam za sobą skrobanie garnka po bigosie (bo On miał pilnować i mieszać, i oczywiście zapomniał i przypalił), postanowiłam ugotować resztę kapusty do łazanek. Po 40 minutach gotowania główka nadal była twarda, zapaszek rozszedł się po wszystkich pomieszczeniach, a ja powiedziałam basta! I wyniosłam garnek na balkon.

Poza tym oglądaliśmy wczoraj film "Wyspa", którego opisywać nie będę ze względu na trwałe skojarzenie go ze smrodkiem gotowanej kapusty.

25 listopada 2009

Ostatnie życzenie


Ostatnie życzenie

- Jest śliczna pogoda, wiesz? - powitałam go entuzjastycznie po powrocie z piekarni. - Jest ciepło i świeci piękne słońce!
- Ciepło, mówisz? - spytał podejrzliwie On, sprawdziwszy stan mojego nosa (zimny, jak zwykle) i dłoni (też zimne, też jak zwykle).
- Kochanie. Jeśli kiedyś poczujesz, że mam ciepłe "końcówki", to będzie znaczyło, że jestem w ciąży i zmienił mi się metabolizm - poinstruowałam Go.
- Albo że już nie żyjesz - dopowiedział On.

23 listopada 2009

Marsz z dedykacją


Marsz z dedykacją

Konkurs w radiu.

- Witaj w radiu Klasyk! Jak masz na imię?
- Dorota.
- Doroto, jaki jest tytuł utworu-zagadki?
- To "Marsz żałobny" Chopina.
- Doskonale! Komu chciałabyś zadedykować ten utwór..?

Węgorz z drobiu?


Węgorz z drobiu?

- Czy jest brzoskwiniowa? - spytałam w sklepie z herbatami.
- Nie mamy brzoskwiniowej, ale jest Maharani, z brzoskwinią i innymi owocami.
- Hm... A czy jest w niej mandarynka? - spytałam pomna tego, że On na mandarynki ma silną alergię.
- Nie, na pewno nie. Nawet w herbacie mandarynkowej nie mamy mandarynki! - obwieściła z dumą pani, podsuwając mi Maharani pod nos.


Pachniało ładnie, to wzięliśmy, mamy też pomarańczowo-czekoladową. Obie są godne polecenia, mnie jednak nurtuje, CO jest w mandarynkowej..?

Pociągająco


Pociągająco

- Zaraz się przewrócę! - ofuknął mnie On. - Zawsze jak się przeciągam, ty w dół mnie pociągasz.
- Myślałam, że cię pociągam niezależnie czy się przeciągasz, czy nie...

Segregacja rasowa


Segregacja rasowa


- Teraz jest dobrze. Bo czarni powinni trzymać się razem! - podsumował zadowolony On.

22 listopada 2009

"Zmierzch"


"Zmierzch"

 
Kiedy chodziłam do trzeciej klasy podstawówki, zgarnęłam z półki w bibliotece szkolnej komiks pt. "Dracula". Z wypiekami na twarzy pochłonęłam historyjkę opartą w dużej mierze na książeczce Brama Stokera, zaczęłam sypiać na boku z włosami dokładnie zakrywającymi szyję, a po nocach prześladował mnie sugestywny rysunek przedstawiający zwampirzoną Lucy.

Będąc równolatką Belli Swan (ewidentne i jakież żałośnie oczywiste nawiązanie do "Pięknej i Bestii") posiadałam już sporą wiedzę na tematy wampiryczne, czerpaną z wielu często sprzecznych źródeł, miałam też za sobą kilka sesji udawania wampira. Niech żyje RPG.

W USA o czymś takim nie słyszeli, a na pewno nie słyszała zakochana w upudrowanym nastolatku Bella, która dzięki książce i Internetowi poznaje nowe pojęcia: zimnoskóry, nieśmiertelny, nieumarły, krwiożerczy. Dziewczę cierpi na poważną chorobę zwaną "pustogłowie" (scena nad ravioli, Edward jako diagnosta), więc nawał informacji wywołuje u niej polipy w nosie i w związku z tym permanentnie półotwarte usta. Aktorka w tej ekspresji przypomina pannę Watson z konkurencyjnego uniwersum Harry'ego P. Dialogi są niemożebnie drętwe, pan Patison epatuje sex appealem i rozwichrzonymi włosami, a całość nastrojem stara się chyba nawiązywać do tych wszystkich filmowych miasteczek, w których dzieją się dziwne rzeczy, poczynając od Salem, skończywszy na Twin Peaks.

Nieudolnie, bo w Widelcach (Forks) mroczne szczegóły zmieniają się w farsę. Słynna diamentowa skóra wygląda jak pikseloza, fiołki na romantycznej łące są plastikowe, wampira w Ray Banach można sobie wygooglać, a wiedzy o tym, że Bella nosi identyczną bransoletkę jak moja, mogłam sobie oszczędzić.

Knot, jakich mało. O amerykańskich nastolatkach fajniej opowiada "Juno".

Twilight, USA 2008

Ekskluziw


Ekskluziw

- A ten Pier Kardin to jakaś pomyłka jest... - wybrzydziła się wczoraj w mojej obecności jakaś pani koło trzydziestki. (Wymówiła dokładnie tak, jak napisałam - "Pier" z francuska, "Kardin" jak "Kargul").

Brawo dla Bloggera!


Brawo dla Bloggera!

Blogger chyba jako pierwszy serwis blogowy wprowadził polskie datowanie postów. Nazwa miesiąca jest w dopełniaczu, a nie w mianowniku, jak dotychczas. Hurra!

20 listopada 2009

Koncert toaletowy


Koncert toaletowy

Zmusiłam Go, żeby przyciął mi piosenkę na konkurs. Z 3:40 trzeba zrobić dwie minuty, a On ma program do takich celów. Oczywiście protestował, bo muzyki arabskiej nie papu, ale w końcu się zgodził. W ramach zabawy wyciął fragment, skopiował go i wkleił tak, żeby odtwarzał się o ułamek sekundy później niż ten sam fragment w piosence.

- Fajnie brzmi, nie? - spytał rozemocjonowany. (Tak to jest, jak każesz mężczyźnie robić coś, co kocha z czymś, czym gardzi.)
- No, śmiesznie.
- Tak jakby z kibla śpiewał, nie?

19 listopada 2009

Swojsko


Swojsko

- Dobre jajka kupiłem? - dopytał On, uświadomiony w kwestii jajecznych cyferek.
- Dobre - odpowiedziałam, zerkając jednym okiem na przepis. - "Jemy swoje jajka ściółkowe" - przeczytałam bezrefleksyjnie na głos napis z opakowania. - Zaraz. Jemy swoje jajka?! - powtórzyłam ze zgrozą.

Grypa po świńsku


Grypa po świńsku

- Szpital w B. został wyznaczony do leczenia pandemii grypy - opowiada Rodzicielka. - Powinniśmy się przygotować na leczenie pięciu milionów ludzi z całego rejonu. W związku z tym mamy na cały szpital jedno opakowanie Tamiflu, w którym jest 10 tabletek.

Polska służba zdrowia. Nic dodać, nic ująć.

17 listopada 2009

Lekcja zoologii


Lekcja zoologii

Leżymy w łóżku.
- Jestem twoją małą piżamową... biedronką? - przymiliłam się.
- Jesteś - przytaknął On.
- A ty jesteś moim wielkim... piżamowym... wołem piżmowym?
- KIM?! - przeraził się On.

Swoją drogą, jeśli wół to wykastrowany samiec krowy i innych parzystokopytnych udomowionych, to JAK rozmnażają się woły piżmowe..?

PijaR


PijaR

- Lubisz robić ze mnie idiotę - zauważył z goryczą On.
- Ależ nie, kochanie! Sam dbasz o swój PR. Ja tylko zapisuję. Po to jest ten blog.

Biały to też kolor


Biały to też kolor

- Słyszałam, że macie wreszcie samochód - zagadnęłam Pchełkę.
- On ci nie mówił? - zdziwiła się Pchełka.
- Mówił, ale chciałam spytać, jaki kolor. Mnie powiedział, że "chyba ciemnoniebieski".
- Nie niebieski! Biały!

16 listopada 2009

Pomysłowy Dobromir


Pomysłowy Dobromir

Opowiadam Mu o niefortunnej przygodzie z budyniem firmy Biedronka.
- Myślę, że Tata kupił go przypadkiem, bo myślał, że to Oetker - podsumowuję.
- Oczywiście kupował bez okularów? - pyta On.
- No... chyba tak.
- Ale samochodem jeździ w okularach, więc chyba ich nie zdejmuje po wejściu do sklepu? - drąży On.
- No nie, ale do jazdy ma chyba takie na daleko, a do czytania takie na blisko - odpowiadam niepewnie.
- To mam na to radę: powinien stojąc w jednej alejce wybierać produkty z drugiej alejki!

15 listopada 2009

Królowa Śniegu


Królowa Śniegu

- Jaka zimna! - dziwuje się On, tuląc mnie świeżo po powrocie.
- Jak zwykle. A ty ciepły, też jak zwykle. Tylko usta masz zimne. Całowałeś Królową Śniegu? - pytam podejrzliwie.
- Gdybym całował Królową Śniegu, to by mi do niej język przymarzł.

Magia szklanego ekranu


Magia szklanego ekranu

Nie mamy telewizora. 

Powodów tego stanu rzeczy jest kilka - najważniejszy to chyba nasza niechęć do ekshibicjonistycznej papki, jaką serwują nam media, nie bez znaczenia jest też kwestia przestrzeni, no i dyskusyjna przydatność telewizora w mieszkaniu, w którym stoją dwa komputery. Jako że moje studia, a dokładniej magisterka, pośrednio wiążą się z szeroko pojętym marketingiem, w domu nadrabiam zaległości w oglądaniu reklam. Jest to o tyle łatwiejsze, że moi Rodzice niedawno zanabyli dostęp do kablówki. 

(Choć moim zdaniem sens posiadania kablówki z setką programów jest taki jak posiadania szafy z setką par butów - wybór przyprawia o ból głowy, a naraz można oglądać tylko jeden program i nałożyć tylko jedną parę butów.)

Dziś, a w zasadzie wczoraj, czekałam na "Gotowe na wszystko". Udało mi się trafić na zdanie pani Edyty Górniak wypowiedziane chyba w programie "Jak oni śpiewają?". Chciałabym się z wami podzielić tą wielką myślą o wymowie co najmniej tak ponadczasowej jak Tybetańska Księga Umarłych.

Jak przestajemy czuć się jak ryba w wodzie, a zaczynamy się czuć jak ryba w garnku z klejem, to trzeba uciekać jak najszybciej, choćby oknem.

Ucieczkę zacząć trzeba od znalezienia garnka z oknem, a potem to już z górki.

13 listopada 2009

Plastry


Plastry

- Czy w tym domu są jakieś INNE plastry niż takie ze Spidermanem?! - padło z ust Siostry pytanie, zawisając w powietrzu w dużym pokoju.
- Mam takie z Muminkami, jeśli chcesz - zaproponowałam nieśmiało wobec braku innych propozycji.
- Pewnie! Z Muminkami będą świetne! Bo wiesz - dodała Siostra po chwili. - Ja nie mam nic do Spidermana, ale te plastry z nim są okrągłe i rozumiesz, nie pasują...

Jego Siostrze dziękujemy za plastry z Muminkami.

Pochwała głupoty


Pochwała głupoty

Braciszek ma kolegę, którego imię (Michał) i nazwisko (ochrona danych osobowych) są dla niego synonimem głupoty.

Przepytuję Braciszka z historii.
- Powiedz mi coś o myślicielach renesansu - zagaduję, zezując w podręcznik dla gimnazjum, w którym widnieje gustowna reprodukcja portretu Erazma autorstwa Holbeina.
- No... Erazm z Rotterdamu... - zaczyna ostrożnie Braciszek.
- I co z nim?
- No... napisał... eee... dzieło... pod tytułem...
- ..."Pochwała..." - podpowiadam.
- "Pochwała Michała"! - kończy triumfalnie Braciszek.

Wszystkich Michałów znajomych i nieznajomych zaocznie przepraszamy.

11 listopada 2009

Krakowski Kredens


Krakowski Kredens

Pisałam już o PKP, zakładzie pracy chronionej, w którym odjęcie 8 od 12 wymaga liczenia pisemnego. Dziś będzie o Krakowskim Kredensie. Konkretniej, tym stoisku w Galerii Handlowej przy Dworcu. Do samej firmy nic nie mam.

Do pociągu miałam dokładnie 19 minut. Postanowiłam kupić dla Babci konfitury z płatków róży. "Na pewno zdążę" - powiedziałam sobie. Przede mną w kolejce 4 osoby. Szybko pójdzie.

- I jeszcze poproszę trzy parówki cielęce - poprosiła młoda mama, która od dłuższej chwili dzieliła swoją uwagę sprawiedliwie między wybór wiktuałów a kicającą niebezpiecznie blisko regałów kilkuletnią córką.
- Parówki? - upewniła się ekspedientka.
- Tak.
- Cielęco-wieprzowe? - upewniła się ekspedientka.
- Tak.
- Trzy?
- Tak.

Parówki zostały starannie wybrane, starannie obcięte, starannie zapakowane i starannie oklejone papierkiem z ceną. Dialog powtórzył się dla 20 deko pasztetu ze śliwką (- Pasztetu? Ze śliwką? Dwadzieścia?). A czas mijał...

Na pociąg zdążyłam. Konfitury pyszne.

9 listopada 2009

Sprytne Tesco


Sprytne Tesco

Ostatnio przy okazji zakupów w Tesco załapaliśmy się na akcję promującą kartę ClubCard. Jest to karta pozwalająca zbierać punkty, które wymienia się później na bony wartościowe do wykorzystania w sklepach Tesco.

Trzeba przyznać, że wszystkie te programy do zbierania punktów dotąd przynosiły nam - pośrednio - same profity. Na przykład z punktów za benzynę mamy mini-piekarnik, żelazko i patelnię. Ale w przypadku Tesco sprawa ma się inaczej.

Większość programów lojalnościowych opiera się na nagrodach rzeczowych, dostępnych za punkty. Przy okazji zwykłych codziennych czy cotygodniowych zakupów "zarabiamy" na odkurzacz samochodowy, gofrownicę czy cyfrówkę. ClubCard jest inny - ClubCard jest lepszy - daje czysty zysk, konkretne pieniądze! To jakby mieć stały rabat w sklepie. Świetna rzecz, prawda?

Tyle że stały rabat wynosi... 0,5% wartości każdej transakcji, czyli żeby dostać bon na 5 zł, trzeba wydać 1000 zł. Przystąpienie do programu nic nie kosztuje, ale za te 0,5% Tesco dostaje od każdego uczestnika programu nie tylko obietnicę, że nadwyżkę spienięży on w ich sklepie, ale także szczegółową wiedzę na temat tego, co kupuje, kiedy kupuje, w jakiej ilości, jakie marki preferuje itd. Dokładne badania preferencyjne tysięcy Polaków - prawie za friko.

Oczywiście w regulaminie stoi czarno na białym, że organizator zastrzega sobie prawo do zmiany warunków promocji. To oznacza, że słynne bezterminowe punkty mogą za rok czy nawet za kilka miesięcy stać się całkiem bezwartościowe.

8 listopada 2009

Abirek wkracza na scenę


Abirek wkracza na scenę

Idziemy z Siostrą i Abirkiem przez niedzielny Kraków. Abirek peroruje, Siostra się śmieje, słychać nas na Hucie, a gołębie z Gołębiej uciekły.
- Ciszej, wariatki. Idą przez Kraków i się drą - strofuję dwie podfruwajki.
- Odezwała się stara panna... na wydaniu - wypala Abirek.

Abirek zeznał, że powiedział to tylko po to, żebym opublikowała to na blogu. Niniejszym publikuję.

Wizyta


Wizyta

Czesałam się przed lustrem w łazience i coś mnie oderwało od tego, więc zostawiłam wszystkie włosy w umywalce.

- A co to? - zaciekawił się On, zaglądając do umywalki. - Czyżby odwiedził cię Chewbacca?

Cynizm


Cynizm

- Wstyd się przyznać, ale spiraciłem grę, która miała premierę parę dni temu - pochwalił się On.
- A, to - przyjęłam do wiadomości. - Czytałam o tym artykuł, że to jest gra, która się nie znudzi, jest odkrywcza, piękna, ciekawa i w ogóle co tylko.
- Bo tę grę zrobili twórcy Bramy Łysura* i Nigdyzim Nocy!* - zapalił się On. - To są gry wszech czasów! I ta też będzie grą wszech czasów! - ekscytował się dalej.
- Ta. Ciekawe, ile im zapłacili za napisanie pochlebnej recenzji... - wygłosiłam sceptycznym tonem. - Ostatnio stałam się cyniczna - stwierdziłam po krótkim namyśle.
- Bądź sobie cyniczna, tylko mnie nie wkurzaj - zażądał On.


* Nazwy gier w celu uniemożliwienia identyfikacji zostały na siłę spolszczone.

6 listopada 2009

Jak pokochać cebulę?


Jak pokochać cebulę?

Od dziecka nie znosiłam cebuli. Kiedy jeszcze żył mój Dziadek, miałam w nim sojusznika - Mama z politowaniem patrzyła, jak oboje w ten sam sposób obwąchujemy moją ulubioną potrawę, pierogi ruskie, w poszukiwaniu śladów po cebulowej konspiracji. Miałam wtedy jakieś cztery czy pięć lat.

Podobno smak zmienia się człowiekowi co 7 lat. Jednak moja niechęć do cebuli nietknięta przetrwała prawie lat 20, zmuszając Rodziców do rozmaitych kombinacji. Ostatecznie akceptowałam sok cebulowy, wyciśnięty do potraw. Co ciekawe, zawsze lubiłam szczypiorek.

Dopiero na studiach odkryłam, że sos bolognese bez cebuli to jednak nie to; że placki ziemniaczane bardzo zyskują, jeśli doda się cebulę; że ten niebiański zapach pierogów ruskich bierze się z cebuli właśnie i nie sposób inaczej go uzyskać; że pchlisty kurczak mimo dużego dodatku znienawidzonego warzywa jest po prostu boski; że befsztyki i cebula to duet niemal doskonały; że smak cebulowy w chrupkach, chipsach i innych przekąskach jest niepowtarzalny i bardzo mi się podoba; wreszcie, że cebula rozgrzewa!

I dlatego dzisiaj zrobiłam zupę cebulową, na wzór tej francuskiej.

Zupa cebulowa
a la francuska

6 dużych cebul
1/4 kostki masła (50g)
1 litr bulionu warzywnego
śmietana kwaśna
50 g ostrego sera
grzanki
gałka muszkatołowa

1. Cebule obrać i pokroić w piórka.
2. Masło roztopić, podsmażyć na nim cebule.
3. Zalać bulionem i gotować na małym ogniu, aż cebula zmięknie. Zabielić śmietaną.
4. Ser zetrzeć drobno.
5. Na spód miseczki lub głębokiego talerza wysypać grzanki, posypać serem. Nalać zupy i JEŚĆ.

Zupę można zetrzeć blenderem na gładko.


Aha, cebula daje się pokochać dalece łatwiej, jeśli przed krojeniem schłodzimy ją w zamrażarce.

Zupa na drugi dzień zyskuje przyjemny aromat.

5 listopada 2009

Szept sceniczny


Szept sceniczny

On w wyniku swojej choroby zaniemówił, więc gramy porozumiewając się szeptem - On z konieczności, ja dla towarzystwa.

- Jakiś koń nas bije - zauważam podczas gry.
- Chrzanić go! - szeptem, ale dziarsko woła On.
- Jak to: chrzanić konia?
- Od tyłu! - wyjaśnia On.

Papieski koc


Papieski koc

On się przeziębił, więc siedzi w domu, owinięty dwoma polarowymi kocami: białym na nogi i czerwonym na ramiona. (A często znajomi i rodzina dziwią się, po co nam te koce. Ot i właśnie po to!)

- Zobacz, wyglądam jak papież - pochwalił się.
- Papież tak nie wygląda - skrzywiłam się krytycznie.
- Wygląda!
- Papież nosi polarowe koce na sobie? - uniosłam brwi.
- No... jak jest zimno, to na pewno nosi - stropił się On.

Ideał


Ideał

- Jaka ty jesteś ładna... - zachwyca się On po kilkudniowym rozstaniu. - Masz takie ładne nogi... Taką idealną talię... W ogóle jesteś idealna.
- Dziękuję - mruczę mile połechtana.
- Mogłabyś poćwiczyć pływanie, to byś miała lepsze ramiona... I w ogóle mogłabyś sobie zrobić operację plastyczną - ciągnie On tym samym tonem.
- Operację plastyczną?! Ale czego..?
- Wszystkiego!

4 listopada 2009

Levy-Strauss


Levy-Strauss

- Zmarł Claude Levy-Strauss... - poinformowałam Go, wchodząc na bloga Pchełki.
- Nie martw się, na pewno w niebie pozwolą mu nosić jego jeansy...
- Kochanie. To nie ten.
- A, ten filozof?
- Filozof i antropolog - przytaknęłam, odetchnąwszy z ulgą, że jednak nie mieszkam z idiotą.
- Pewnie też nosił jeansy.