P jak...


- Włączysz inną muzykę? - poprosiła Go Pchełka. - Blackmore's Night jest fajne, ale takie jakieś smętne.
- To co mam puścić?
- Coś fajnego - Pchełka, Luby i ja choć raz się zgadzaliśmy.
- Na jaką literę? - spytał On, przekopując się przez terabajty dysku z muzyką.
- Na S! - powiedziałam, wiedząc, że bardzo dużo słów zaczyna się właśnie na tę literę.
- Nie mam nic fajnego na S, co mógłbym puścić... - zmartwił się po chwili On.
- Puść cokolwiek, byle nie na P. Jak paw - zażądał Luby.

Przewróciło się - niech leży...


Przewróciło się - niech leży...

- Zrobię ci krzywdę..! - zagroził On.
- Nie możesz.
- Dlaczego?
- Bo z paneli bardzo ciężko się krew zmywa...

Lepiej późno niż wcale...


Lepiej późno niż wcale...

...czyli kupiłam wczoraj choinkę.
Tradycyjnie przepraszam za jakość zdjęcia.

30 grudnia 2009

Młynek


Młynek

Jego bardzo zafrapowała informacja, że w nowym lokum dla KahvaThei znajduje się młynek do kupy*.

- Pamiętasz tę kampanię o sikaniu pod prysznicem? - zagadnął mnie On wieczorem w łazience.
- Mhm - mruknęłam myjąc twarz.
- Pomyślałem, że moglibyśmy pójść o krok dalej i zainstalować młynek do kupy w wannie!

* Czyli tzw. pompa rozdrabniająca do nieczystości toaletowych, dzięki której można umieścić toaletę tam, gdzie się chce, a nie tam, gdzie jest pion kanalizacyjny.

29 grudnia 2009

"Avatar"


"Avatar"


Opowieść stara jak świat: dwie grupy istot, z których każda nazywa się po prostu Ludźmi, w bitwie o wartości: pieniądze, władzę, ojczyznę. Znamy to, prawda? Z filmów lub z historii, tej dawnej i tej całkiem świeżej. Dlatego fabuła najnowszego dzieła Jamesa Camerona jest przewidywalna do bólu. Ale w takiej formie jeszcze nie oglądaliśmy tej odwiecznej przepychanki: w 3D film wciska w fotel. I mówię to ja, antyfanka filmów akcji i efektów specjalnych.

Można "Avatar" interpretować na przykład jako manifest ekologów albo jako protest przeciwko wojnie w Iraku. Nie zacznie być przez te interpretacje filmem wybitnym, ale pozostanie kawałem dobrej rozrywki na długie (bardzo długie!) zimowe wieczory.

Tylko tłumaczenie kuriozalne. Jak zwykle w Polsce.

Avatar, USA/UK 2009

28 grudnia 2009

Łyżworolki?


Łyżworolki?

Tłumaczenia książek kucharskich i programów kulinarnych to temat-rzeka. Pal licho, jeśli coś tylko brzmi zabawnie, gorzej, jeśli tłumaczenie wprowadza gotującego w błąd każąc mu przykładowo uczynić odwracalnym proces koagulacji białka poprzez roztopienie nugatu. Ale dzisiaj będzie o zabawnym brzmieniu.

- Ty wiesz, na co tu jest przepis? - zagadnęłam Mamę znad książki podróżniczo-kucharskiej, którą Tata dostał pod choinkę.
- Mm? - mruknęła nieuważnie Mama skupiona na rozgrywce w Scrabble.
- Na rolki wiosenne!
- Dobrze, że nie łyżworolki - pocieszyła mnie Mama.

I teraz zagadka: czym są rolki wiosenne?

27 grudnia 2009

Kontestacja!


Kontestacja!

Właśnie odebrałam pocztę po świętach. Dostałam 47 (!) e-maili z życzeniami świąteczno-noworocznymi od różnych firm i portali, którzy mają mój adres. E-maili wysyłanych masowo, seryjnych, bezosobowych - słowem: kompletnie bezwartościowych jako życzenia. (Dostałam też elektroniczne kartki od kilku znajomych, którym bardzo dziękuję za pamięć.)

Przecież ci wszyscy dyrektorzy, kierownicy, przedstawiciele, załogi i ekipy nie życzą mi niczego, bo po prostu mnie nie znają. Te wiadomości są tylko i aż chwytem marketingowym, nie wyrazem szczerej troski o moją wesołość świąteczną i szczęśliwość noworoczną. Udają, że o mnie pamiętają, żebym o nich naprawdę nie zapomniała.

Dlatego od paru lat kontestuję życzenia. Ci, na których mi zależy, wiedzą, że życzę im jak najlepiej.

24 grudnia 2009

Do szopy hej, pasterze!


Do szopy hej, pasterze!

- Idziemy na pasterkę? - pyta mnie Siostra.
- Ja mogę iść, ale nie na dwunastą, bo wtedy zawsze jest straszny tłok.

Bo faktycznie w naszym kościele największy tłok jest na niedzielnej mszy na dwunastą... A w tym roku nawet papież odprawia pasterkę o 22!

23 grudnia 2009

Po pijaku


Po pijaku

Przed bankomatem stoi zawiany facet. Świat mu się wyraźnie kołysze, a bankomat uparcie nie wypłaca gotówki.
- Heniu. Heniu! Co ty robisz? - pyta kolegę drugi nieco mniej zawiany.
- Pieniundze chca wypłacić i nie wypłaco.
- Ale Heniu, co ty robisz? Ty dowód osobisty tam pchasz!

Obserwował i opowiedział Tata.

Czekając na kuriera...


Czekając na kuriera...

Czekałam wczoraj na kuriera z paczką. W tym czasie zrobiłam mnóstwo rzeczy w mieszkaniu: sprzątałam, gotowałam, szorowałam, prałam, rozwieszałam, a nawet prasowałam, choć tego nie znoszę. Po 18 straciłam nadzieję i zadzwoniłam do Niego, żeby się pożalić.

- Cały dzień czekałam, żeby móc iść się wykąpać, zrelaksować w wannie - zwierzyłam Mu się.
- Biedactwo.
- Ale wiesz, myślę, że powinnam była iść do tej wanny. Np. o 15.
- Dlaczego?
- Bo według prawa Murphy'ego jeśli się na kogoś czeka, to on przychodzi w najmniej odpowiednim momencie. Jak będę goła w wannie z pianą na włosach, z maseczką na twarzy i z plastrami ziemniaka pod oczami, to będzie najmniej odpowiedni moment, więc on wtedy przyjdzie!

21 grudnia 2009

Jak dać kotu tabletkę?


Jak dać kotu tabletkę?

Każdy chyba zna prześmiewczą instrukcję. Moja Siostra miała dziś okazję sprawdzić ją w praktyce, bo chora kota po wizycie u weterynarza obraziła się śmiertelnie na tych, którzy ją do weterynarza zabrali (czyli na Tatę, Siostrę i Braciszka). Weterynarz natomiast zalecił zaaplikowanie tabletki - w obliczu potencjalnych trudności kazał rozrobić tabletkę z wodą i podać kotu za pomocą strzykawki.

- Ja z tym kotem umrę - zwierzyła się Siostra via GG.
- A co się stało? Już siedzi na żyrandolu?
- Męczymy się z tą strzykawką, ja trzymam kota w dziwnej pozycji... W końcu Braciszek postanowił dać jej to nieinwazyjnie.
- I co?
- I wlał jej ten płyn do miski. A ta pierona to po prostu wypiła!

Ostatni punkt: sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików...

Nie stracić siebie...


Nie stracić siebie...

- Nie lubię spać bez ciebie - żalę Mu się SMSowo.
- Ja też nie lubię spać bez siebie - odpowiada błyskawicznie On.

17 grudnia 2009

Temu misiu...


Temu misiu...

Szłam z kolegą ulicą Starowiślną. Przed kinem Uciecha przystanęliśmy, żeby przepuścić pana niosącego wielkiego misia.

- Oczko mu się odlepiło! - zawołałam do pana, widząc, że miś jest jednooki.
- Co? - pan znieruchomiał ze zdziwienia.
- Oczko mu się odlepiło! Temu misiu! - powtórzyłam wielce rozradowana.
- A, to! No, trudno...

16 grudnia 2009

Uśmiech bez kota


Uśmiech bez kota

- Zrobisz mi jeszcze jedno? - uraczyłam Go uśmiechem numer pięć, podając Mu kieliszek opróżniony z jakiejś diabelskiej mieszanki wiśniówki i soku grejpfrutowego.
- Hm... - On udał, że się zastanawia.
- Proooszę! - zrobiłam słodkie oczy, starając się upodobnić do kota z Chesire.
- Hmmm...
- Wyżlondam żak kocz sz Szeszajer? Ażbo żak Żoker? - wyartykułowałam z trudem, nie przestając się uśmiechać.
- Wyglądasz, jakbyś się naćpała - zgasił mnie On.

15 grudnia 2009

Kontrola!


Kontrola!

On wciąż węszy, rozgląda się, sprawdza, kontroluje. I zadaje pytania: co tak dziwnie pachnie, czemu tu leżą jakieś paprochy, dlaczego coś wisi krzywo i ulubione: "kochanie, co TO tutaj robi?!".

- Mógłbyś pracować w jakimś NIKu! - jęknęłam. - Albo w Sanepidzie! Albo w kontroli skarbowej! Ty jesteś Trybunałem Konstytucyjnym, Rzecznikiem Praw Obywatelskich, ZUSem, KRUSem i... nie wiem... Jezusem w jednej osobie! Wszystko sprawdzasz, wszystko kontrolujesz, to jest po prostu NIE DO ZNIESIENIA! - wybuchłam, z pasją krojąc ananasa w kostkę.
- Kochanie. Włos ci zwisa z rękawa - odparł spokojnie On.

Kuchnia molekularna


Kuchnia molekularna

Dzisiaj będzie przepis na muffiny o smaku naleśników z białym serem.
Żeby je zrobić, trzeba mieć pecha. Zatem - w piątek trzynastego, po rozbiciu lustra, przejściu pod drabiną i rozsypaniu soli należy utrzeć w misce, co następuje: 50g miękkiego masła, 50g cukru pudru i 100 g serka mascarpone. Do gładkiej masy dolewamy roztopioną białą czekoladę w ilości pół tabliczki (50g) i całość mieszamy.

Ten krem trzeba następnie ściąć. Nie, nie na gilotynie czy na katowskim pieńku - wystarczy wystawić go na balkon na godzinkę i w tym czasie zrobić coś z czarnym kotem. Nie wiem dokładnie, co, ale jeśli krem się nie zetnie, nie należy się przejmować. Piszę to tylko po to, żeby nie wpadać w panikę, jak się zetnie.

W krem (ścięty czy nie ścięty) wbijamy 2 jajka, dosypujemy mąki w ilości takiej, żeby masa była jak gęsta śmietana. Można dodać kilka kropel soku z cytryny i/lub skórkę otartą z tejże. Jeszcze 2 łyżeczki proszku do pieczenia - i wlewamy nasze molekularne muffiny do foremek. Piec trzeba w 180 stopniach. Aż się upieką, jakieś 20 minut to będzie, ale może dłużej.

Muffiny naprawdę smakują jak naleśniki z białym serem, tylko mają kształt muffinów. Ale są zadziwiająco dobre, jak na twór uboczny ściętego kremu z mascarpone. Jednak nie próbujcie tego w domu! 

14 grudnia 2009

Cenny prezent


Cenny prezent

Całkiem zapomniałam napisać, że wczorajsze rozważania o etymologii wzięły się z tej sceny.

Drapacz chmur


Drapacz chmur

- Wiesz, jak po angielsku mówi się na Toi Toi? - zagadnął mnie On przed zaśnięciem.
- Nie mam pojęcia.
- Crapper - wygłosił triumfalnie On. - Czy to nie niesamowite? Przecież to ma etymologię dokładnie taką samą jak nasz swojski "sracz".
- Fantastycznie, ale dobranoc, mój ty... crapperku. Skycrapperku.
- Co?! - On zdębiał.
- No... Drapacz chmur to po angielsku skycrapper, prawda?
- Blisko. Skyscraper...


I po raz kolejny się popisałam...

12 grudnia 2009

"Przypadek Harolda Cricka"


"Przypadek Harolda Cricka"

It was a really awful day. I know, I made sure of it.
So pick up the cookie, dip it in the milk, and eat it.

Taki tekst wygłasza w filmie Ana Pascal, anarchizująca cukierniczka. (O cukierniczkach pisałam tutaj.) Mimo buntowniczego podejścia do życia dziewczyna grana przez Maggie Gyllenhaal chce ulepszyć świat - i zrobić to przy pomocy swoich wypieków. I udaje jej się to! Bawarskie ciastka są jak balsam dla duszy Harolda Cricka, mężczyzny, którego każdy krok w życiu zależy od widzimisię manierycznej pisarki. Zagadnienie znane z "Krainy Chichów" ukazane z nieco innej perspektywy.

Świetne role Emmy Thompson i Dustina Hoffmana, ciekawy scenariusz i klimat filmu. Do ostatniej chwili razem z bohaterem zadawaliśmy sobie pytanie: to komedia czy tragedia? Historia Harolda Cricka wciąga i naprawdę warto ją obejrzeć.


Stranger than Fiction, USA 2006

11 grudnia 2009

Parakultura


Parakultura

Nie wiem, jakim hasłem reklamowym obecnie posługuje się sieć sklepów EMPiK, ale kiedyś to hasło brzmiało "Pełna kultura!". Dziś jednak przekonałyśmy się z Pchełką, że pojęcie "kultura" w znaczeniu "obycie" jest niektórym pracownikom tej sieci obce.

- Przepraszam, a która to część kolekcji? - spytała Pchełka widząc przy kasie płytę z serii "Wielcy kompozytorzy filmowi".
- E... To kosztuje 24,99 plus koszt gazety - wyrecytował wyuczoną formułkę sprzedawca.
- Dobrze, ale która to część kolekcji? - powtórzyła Pchełka, naiwnie sądząc, że pan nie dosłyszał.
- E... - wyjąkał sprzedawca, obracając płytę w dłoniach: front, tył, front, tył.
- Pewnie będzie napisane na grzbiecie - poradziłam życzliwie widząc, że się chłopak męczy. - Na grzbiecie będzie napisane! - powtórzyłam, naiwnie sądząc, że pan nie dosłyszał. - Grzbiet jest TUTAJ! - pokazałam palcem.
- Tutaj! A, to nie wiedziałem - speszył się sprzedawca.

Pisałam już o zakładach pracy chronionej (tu i tu). Rozumiem, że praca tymczasowa nie wymaga gruntownej znajomości tematu, ale chyba termin "grzbiet" jest powszechnie znany?

Blue baby


Blue baby

- Znalazłam dzisiaj dowód na to, że Jezus jako dziecko był Smerfem! - zwierzyłam Mu się, odwracając naleśnik.
- Jaki?
- Posłuchaj: "panna porodziła niebieskie Dzieciątko, w żłobie położyła małe pacholątko!" - zaśpiewałam. - Choć to mogło po prostu być podduszenie pępowiną - dodałam po chwili.

10 grudnia 2009

Zaucha za uchem


Zaucha za uchem


Czasami się tak zabawnie składa, że długo się o jakiejś rzeczy czy osobie nie słyszy wcale, a później nagle kilka dni z rzędu jak z pudełka wyskakują dawno niesłyszane nazwiska, dawno niewidziane twarze, dawno nieużywane słowa.

Tak było z Andrzejem Zauchą. W dzieciństwie miałam kasetę, której uwielbiałam słuchać - zielona okładka, kolędy w wykonaniu największych ówczesnych gwiazd. Słychać tam było głosy Ewy Bem, Edyty Geppert, Anny Jurksztowicz, Haliny Frąckowiak, Zbigniewa Wodeckiego, Andrzeja Zauchy, zespołu VOX i chyba nawet Mazowsza. Nie miało to dla mnie znaczenia, wielką przyjemność sprawiało mi słuchanie tych wykonań w naprawdę pięknych aranżacjach.

Niedawno On spytał mnie, czy wiem, kim jest Andrzej Zaucha. Odpowiedziałam, że owszem, wiem, choć nazwisko majaczyło mi tylko gdzieś w pamięci. On opowiedział mi historię jak z filmu, historię śmierci pana Zauchy, której okoliczności nie znałam, plus parę faktów o tym znakomitym piosenkarzu.

Dziś włączyłam znów moje ulubione kolędy. I co? Znów Zaucha! Najlepsze wykonanie "Bracia, patrzcie jeno", jakie w życiu słyszałam! Najlepsze - bo pierwsze? Klik!

Moja ukochana kolęda to nadal "Bóg się rodzi" (w tym wykonaniu, monumentalnym jak dzieła Pink Floyd i gmach Tate's Modern razem wzięci). A wasze?

Dusza na ścianie


Dusza na ścianie

Mieszkanie świeżo po remoncie jest puste i bezosobowe. Echo hula swobodnie po nieumeblowanych pokojach, odbija się od gołych ścian jak piłeczka pingpongowa. Urządzanie zaczyna się od podstaw: najpotrzebniejsze sprzęty, bez których nie można normalnie funkcjonować - łóżko, lodówka, kuchenka. Później dołączają te mniej potrzebne, ale przydatne, aż wreszcie pojawiają się te wszystkie nieprzydatne durnostojki i kurzołapki, czysto dekoracyjne. To chyba najprzyjemniejsze - rys indywidualizmu, przedmioty tworzące nastrój i styl, ważne dla mieszkania tak, jak buty dla wysmakowanego stroju.

Z tym czeka się najdłużej, bo te decyzje wymagają namysłu. Gołe żarówki czekają na błysk natchnienia w kwestii lamp, karnisze smętnie pobrzękują żabkami, puste półki pokrywają się kurzem, nagie ściany nierzadko w jeden wieczór porastają pajęczynami, bo natura nie znosi próżni.

Kupiliśmy pomarańczowe zasłony do naszej orientalnej sypialni. Paczka została uznana za zagubioną, po interwencji na poczcie odnaleziona w Katowicach, teraz ponoć jest w drodze. W kolejce za zasłonami czeka baldachim (już wybrany) i lampa wisząca (pomysłów brak). Ściany powolutku zaludniają się kolejnymi ramkami. Lubię wyobrażać sobie, że postacie ze zdjęć i obrazów ożywają w nocy i bawią się wszystkie razem: święty z greckiej ikony prosi do tańca nieśmiałą dziewczynę z obrazu autorstwa Jego Siostry i pląsają razem w bambusowym lesie Arashiyama. Na ten widok cztery nasze czarno-białe sobowtóry stroją dziwne miny, a Jimi Hendrix niewzruszenie odwraca natchniony wzrok.

Powoli wypędzamy echo z mieszkania.

9 grudnia 2009

Południca


Południca

- Która godzina? - podrywa się nagle jak oparzony On.
- Dwunasta jeden, a co?
- Nic! - woła do mnie on, zmierzając niby Jack Sparrow w podskokach w stronę kuchni.
- To co tak biegasz?
- Bo już mogę! - woła uszczęśliwiony On, zjawiając się z powrotem z butelką piwa w dłoni.

Swoją drogą, czy południca ma swój męski odpowiednik?
Jak sukkub i... sukkubica? Inkub, wiem, wiem, tak się tylko droczę.

A nuż, a widelec


A nuż, a widelec

- Roztop na patelni łyżkę masła... - poinstruowałam Go.
- A odkąd to masło liczy się na łyżki? - spytał przewrotnie On, zajrzawszy do szuflady i nie znalazłszy żadnej łyżki.
- Hm. Od zawsze? A na co chciałbyś liczyć?
- Na widelce! - On z dumą zaprezentował widelec.

7 grudnia 2009

Stygmatyzacja


Stygmatyzacja

On zaczął drapać mnie po brzuchu. Próbowałam się wyrwać, ale bezskutecznie.

- Kochanie, jak mnie będziesz tak drapał, to mi dziurę wydrapiesz!
- Uhm - mruknął wrednie On.
- I jak będę wyglądać? Z dziurą w boku?
- Jak to jak? Jak Jezus.

5 grudnia 2009

Ku pamięci


Ku pamięci

Chcę obejrzeć "Solistę" i "Sherlocka Holmesa", bo uwielbiam Roberta Downeya Jr. Nigdy nie wybaczyłam mu, że tak po chamsku zostawił Ally McBeal prawie przed ołtarzem. To jeden z moich ulubionych aktorów. I jeszcze "Mikołajka", bo mam sentyment do tych książek i nie powstrzyma mnie nawet błąd interpunkcyjny na plakacie. I "Alice in Wonderland", koniecznie w wersji angielskiej. I "Rewers", bo lubię Agatę Buzek (sic!). I "Królika po berlińsku", bo mi się tytuł spodobał. No i koniecznie "Fame", bo przecież kocham musicale. I "Nine", z tego samego powodu.

Uch. Czy to jest ten moment, w którym bankrutuję na biletach do kina?

Wygląd się nie liczy?


Wygląd się nie liczy?

- Nie zrobiłbyś mi herbaty?
- Moja droga, czy ja wyglądam jak ktoś, kto robi herbatę?! - oburzył się On.
- Owszem. Jesteś łudząco podobny - oceniłam rzuciwszy okiem.

4 grudnia 2009

Candice


Candice

- Lubię jej głos. Śpiewa z taką czułością, jakby coś dziecku tłumaczyła - powiedziałam słuchając wokalistki Blackmore's Night, Candace Night.
- Idiotka. Przecież dziecku nie da się nic wytłumaczyć - prychnął On.

28 dni później...


28 dni później...

Oglądamy tytułowy film, Pchełka, ja i On. Na ekranie pojawił się napis dokładnie tej treści: Proszę! Ponieważ pieprzą się jest sake.


- ŻE CO?! - wytrzeszczyliśmy oczy wszyscy troje. On cofnął film, nadstawiliśmy ucha.

- Please! For fuck's sake! - zawołał bohater filmu.
- Zapomnieli przecinka w tym fragmencie tekstu - stwierdziła niewzruszenie Pchełka.

Marzenia


Marzenia

- Wow! Ja bym chciał tak grać ze swoim synem! - wykrzyknął On, oglądając koncert zespołu, w którym grają ojciec z synem.
- Zrobisz, to będziesz grał... - odpowiedziałam obojętnie.
- Co zrobię?
- Syna.

Podział obowiązków małżeńskich


Podział obowiązków małżeńskich

- Patrząc na moje doświadczenia, nie posłałabym nigdy mojego dziecka do szkoły muzycznej - stwierdziłam kategorycznie.
- A ja bym posłał... - odparł z zadumą On.
- No to swoje poślesz, a ja swojego nie poślę - wzruszyłam ramionami.
- Dobra! - zapalił się do pomysłu On. - Musimy mieć dwoje dzieci i każde będzie wychowywało swoje tak, jak zechce.
- A po 18 latach porównamy wyniki? Zgoda. Tylko wiesz...
- No?
- Jak chcesz mieć takie całkiem swoje dziecko, to sam sobie musisz je zrobić i sam urodzić...

3 grudnia 2009

Przysięga małżeńska


Przysięga małżeńska

- Wyprasujesz te ręczniki?
- Nie.
- To co z ciebie za żona?!
- Kochanie, ja nie słyszałam, żeby podczas ślubu trzeba było przysięgać prasowanie ręczników.
- Nie trzeba? To ja się nie chcę jednak z tobą żenić - obraził się On.

2 grudnia 2009

Ironia losu


Ironia losu

Zastanawiam się, pod jakim imieniem wystąpić na konkursie tańca.
- A czemu nie możesz znaleźć tłumaczenia swojego imienia? - spytał On.
- Bo to jest imię RUSKIE! I nie ma odpowiednika arabskiego. Chyba że bym znaczeniowy odpowiednik znalazła... - westchnęłam ciężko.
- Znaczeniowy? To znaczy?
- No, słowo po arabsku znaczące to samo co moje imię po rusku...
- A co znaczy twoje imię?
- "Szczęśliwa"... - wydusiłam, po czym zrobiłam podkówkę i zaczęłam ronić łzy bezsilności w Jego koszulkę.

Blondynka i komputer


Blondynka i komputer

Czasem mam napady mentalnego blondu, podczas których jestem czasowo głupia. Jak funt cicików.

- Czy da się uruchomić komputer bez karty graficznej? - spytałam Go.
- No, da się - powiedział niepewnie On, patrząc na mnie dziwnym wzrokiem.
- Bo chciałam sprawdzić, czy monitor działa jak odłączę kartę.
- Doskonały pomysł - powiedział niepewnie On, nadal patrząc na mnie dziwnym wzrokiem.
- Co tak patrzysz?
- A, nic, nic...

1 grudnia 2009

Prasowanie ręczników


Prasowanie ręczników

- Ten ręcznik śmierdzi - skrzywił się On, wycierając się po kąpieli.
- Czym? - spytałam dociekliwie, siedząc na pralce i machając nogami.
- Jakby... moczem - niuchnął On.
- Pewnie skisł - wzruszyłam ramionami. - Spróbuję wygotować... - westchnęłam ciężko. Bywają dni, kiedy  rzeczywistość mnie przytłacza, a każdy problem wydaje się nierozwiązywalny.

- U mnie w domu ręczniki nie śmierdzą, a mamy te same odkąd pamiętam - On postanowił pochodzić trochę po polu minowym pt. Porównania z Mamą.
- Bo pewnie są prasowane... - ziewnęłam, nie dając się sprowokować.
- Pewnie, że są prasowane.
- No właśnie, a nasze nie są prasowane.
- A niby czemu?
- Bo ja nie lubię. Prasowania i uprasowanych ręczników. Moja Babcia prasowała ręczniki, ale już Mama nie prasuje, więc i ja nie prasuję...
- Skoro tak, to prasujecie co drugie pokolenie, a więc ty powinnaś prasować - podsumował On pewnym siebie tonem.