Pchełka rzuciła parę
refleksji na temat różnic językowych, ja pozwolę sobie dorzucić swoje - bo jeśli ósmy rok ścierają się ze sobą dwie osoby wychowane w tak różnych regionach jak Śląsk i Podlasie, dorzucając do swojego słownika wyrazy rosyjskie, galicyjskie, czeskie i ukraińskie (takie wpływy mamy w rodzinie), to nieporozumienia językowe są i będą.
Przykład pierwszy - On pomaga mi sprzątać ze stołu.
- A z tym co? - pyta prezentując resztki jedzenia.
- Wrzuć do kibla - rzucam niefrasobliwie. - Dokąd idziesz?!
- No, do łazienki.
Kibel po śląsku - od niemieckiego Kübel - wiadro, czyli kubeł na śmieci. Rzadko teraz używam tego określenia, dostosowałam się do kiblowej większości.
Przykład drugi - chcę naostrzyć kredkę do oczu.
- Kochanie, masz może ostrzówkę?
- CO???!!!
- No... Ostrzówkę... Strugaczkę... Kredka mi się stępiła.
- Aaaa... Temperówkę...
Co ciekawe, ostrzówka jest regionalizmem o niezwykle małym zasięgu, występującym tylko na terenie mojego miasta i okolic. Jednak na temperówkę się nie przestawię, utemperować można kogoś i jest to przeciwne do zabiegu stosowanego na kredkach i ołówkach.
Przykład trzeci - kuchnia.
U Niego na stole pojawiają się parowańce i bankuchen. U mnie bywa modra kapusta, czasem knedle czy karminadle. Mięso na rolady się klupie - oczywiście klupaczką!
Parowańce to po śląsku buchty, po poznańsku pyzy, a po mojemu kluski na parze. Bankuchen powstał ze słowa Baumkuchen, czyli "drzewne ciasto" - jest to słynny podlaski sękacz. Modra kapusta to czerwona zamieniona zmyślnie w niebieską. Knedle pochodzą z kuchni austriackiej (znów Galicja..!) i oryginalnie nadziane są śliwkami, a posypane bułką tartą - wersje z truskawkami czy, o zgrozo, z jabłkiem, nie są ani ortodoksyjne, ani fusion. Karminadle to zwyczajne kotlety mielone, w Krakowie zwane sznyclami. Rolady robi się podobnie do zrazów zawijanych.
Ja sobie przyswoiłam podlaską rozdziawę - czyli osobę hałaśliwą, barachło wymawiane z akcentem na drugą sylabę - czyli tandetę w znaczeniu śląskim (w Krakowie tandeta to targowisko), pamiętam, że On ma tyle sióstr i braci, ile według mnie kuzynów i kuzynek. Kupuję Mu bułki, prosząc o drożdżówki (wszystko, co małe i pieczone, to wg Niego bułka, słodka lub niesłodka). Siadam na sofce, nie na kanapie.
On używa z powodzeniem śląskiego boroka, nauczył się, czym jest krakowska weka (nigdy nie używano w moim otoczeniu śląskiego określenia francuz). Przyjął do wiadomości istnienie Pischingera i nugatu, pamięta, że lubię bawarkę i grysik - które w moim słowniku istnieją odkąd sięgam pamięcią, choć pochodzą z gwary krakowskiej.
Jak ze wszystkim, także z różnicami w zasobie słów (i przez to - w aparacie pojęciowym) można sobie poradzić. Trzeba tylko chcieć. Choć On do dziś po powrocie z domu zaciąga po wschodniemu, a mnie zdarza się często akcentować pytania po śląsku - mimo że godać nie umiem ni w ząb.