Philippe Starck za dychę


Kiedy na początku lat 90 zaczęły się w Polsce pojawiać czasopisma wnętrzarskie, obowiązkowym elementem wystroju każdej fotografowanej kuchni wydawał się wyciskacz do owoców projektu Philippe'a Starcka.

Śmiałyśmy się z Mamą, że pewnie mają jeden taki designerski przedmiot w redakcji i dlatego tak go eksponują - zawsze stał na honorowym miejscu. Śmiech śmiechem, ale obecnie wyciskacz to klasyka stylu New Design. Nadal można go kupić i nadal nie kosztuje mało.

Wyciskacz został zaprojektowany w 1990 roku dla firmy Alessi i tuż po wyprodukowaniu zaprezentowano go w nowojorskim Museum of Modern Art. Jego futurystyczny kształt, przypominający nieco łunochod, a nieco jakiegoś głowonoga, można podziwiać także w londyńskim Science Museum, w gablotce z przedmiotami, które zmieniły świat. Jest gdzieś obok mleka w proszku i prezerwatyw.

A ja dziś szukałam ręcznego wyciskacza do cytrusów, takiego, jaki ma Nigella.

Szukałam jednego, znalazłam Starcka. I... kupiłam... Ktoś chyba nie wiedział, co sprzedaje, bo cena była śmiesznie niska. Prawie jednocyfrowa.

30 października 2009

Urazy z dzieciństwa


Urazy z dzieciństwa

Ruch anty-rybny

Tknęła mnie dziś taka myśl, kiedy czytałam o sandaczu w maśle orzechowym - zdecydowana większość moich rówieśników deklaruje się po antyrybnej stronie kulinarnej barykady. Trudno im się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że za czasów naszego dzieciństwa ryba występowała w zasadzie w jednej formie: tak zwanych "kostek rybnych", które nie posiadały za grosz smaku, za to woniały ostro typowym rybnym zapachem. Taka kostka jeszcze jako tako smakuje w wersji po grecku, ale w przedszkolnej kuchni panierowano ją i trzeba było obowiązkowo zjeść.

Byłam niejadkiem

Siostra Mamy dziwiła się, że w ogóle żyję, tę samą wątpliwość zresztą wyraziła dwadzieścia lat później moja teściowa in spe. Jadłam jak ptaszek, byłam chudziutka i drobna, wszyscy przepowiadali mi straszną przyszłość wśród koszmaru anemii i awitaminozy. Przeżyłam, jestem zdrowa jak, nomen omen, ryba.

Jak karmić niejadka?

Mama, karmiona w dzieciństwie prawie na siłę, oszczędziła mi tego piekła i z niestrudzoną cierpliwością lepiła bałwanki z twarożku, kroiła kromki na "żołnierzyki", stała w kolejce po szynkę-mniam-niatynkę i obierała parówki ze "skóry". Zapewne dzięki jej staraniom nie mam do jedzenia wstrętu. W swoim tempie dorosłam do czerpania przyjemności z różnorodnych smaków. Za to przez to ciągłe powtarzanie "taka jesteś chuda, możesz jeść co chcesz", podczas jednych wakacji, kiedy metabolizm dziecka zmienia się w metabolizm dorosłego, przytyłam ponad 10 kg. I poradzenie sobie z tą nadwyżką nie było łatwe.

Efekt Prousta?

Jedno mnie tylko zastanawia... Podobno idealizujemy smaki z dzieciństwa. Jak się mają do tego koszmarne wspomnienia o kostkach rybnych, wątróbce czy rozciapanym szpinaku? Nie wspomnę o zupach mlecznych, które do teraz kładą się cieniem na życiu wielu dwudziestolatków...

Święto Dziękczynienia


Święto Dziękczynienia

- Dziękuję za obiadek, kochanie - przymilił się On.
- Cieszę się, że ci smakowało - odparłam nieuważnie.
- Nie mówiłem, że mi smakowało, tylko dziękowałem za obiadek - obruszył się On.

29 października 2009

Poezja smaku


Poezja smaku

W wieku nastoletnim pisałam wiersze. Nawet niektóre odważyłam się opublikować w Internecie (i dalej tu są). Pisałam też pamiętnik, dzień po dniu. Miałam odcisk na palcu od pisania.

Później jakoś mi minęło - zaczęły się studia i mniej było czasu na refleksje. Ale ten, kto raz stworzył coś samodzielnie, coś, z czego był zadowolony i co podobało się też innym, zawsze będzie odczuwał nadmiar twórczej pasji.

Ja zaczęłam gotować i znów poczułam ten przemiły dreszczyk emocji, jaki czuje na pewno malarz czyniąc ostatnie pociągnięcia pędzlem, aktor czytający pochlebną recenzję, poeta trzymający w ręku swój tomik, pisarz obserwujący tłum w kolejce po autografy, piosenkarz stojący przed wiwatującymi widzami. Kiedy wyjmuję ślicznie zrumienione ciasto z piekarnika czy słucham pełnych aprobaty westchnień biesiadników przy obiedzie, czuję to samo. Czasem żartuję, że chciałabym mieć trzech mężów, którzy siedzieliby przy naszym czteroosobowym stole i mruczeli z zadowolenia, każdy w innej częstotliwości, a ja pławiłabym się w tym zadowoleniu i wymyślałabym kolejne potrawy.

Gotowanie jest lepsze od innych sztuk - o ile wiersze nie każdy rozumie i nie każdy interesuje się sztuką, to podniebienie posiadają wszyscy, kubeczki smakowe także. Bycie adeptem sztuki kulinarnej nie wymaga posiadania mecenasa ani nawet pracowni. Przecież kuchnia jest w każdym mieszkaniu, a ile radości daje kompletowanie jej wyposażenia, wie tylko ten, kto choć raz to robił.

Wczoraj gotowałam, dzisiaj piekłam, jutro będę smażyła. Jestem w swoim żywiole.

Skąpiradło


Skąpiradło

Zawsze się z Niego śmieję, że gdyby nie ja, jadłby na gazetach. (Tak zresztą robił mój nieżyjący już Dziadek, kiedy mieszkał sam. Uważał, podobnie jak On, że nie ma sensu brudzić talerzy, skoro mieszka sam.) Kanapki On jada na deskach do krojenia, a tosty na blaszce z małego piekarnika. Kiedy nie mieliśmy zmywarki, przymykałam na to oko, bo oszczędzał mi zmywania - ale teraz uważam to za straszną głupotę i tępię, tępię, tępię!

Dziś On wyjął nowe opakowanie tabletek do zmywarki, bo w starym widać było już dno.
- Szybko zużywamy te tabletki - skrzywił się niechętnie, przesypując resztki starych do nowych.
- Szybko? Moi Rodzice nastawiają zmywarkę nawet dwa razy dziennie, a my od dwóch miesięcy mamy jedno opakowanie!
- Fakt. Czyli wychodzi, że średnio nastawiamy co dwa dni.
- Tak jest - potwierdziłam, posypując tosty mieszanką bazylii i oregano.
- Ale wiesz, to tylko dlatego, że jak wyjeżdżałaś, to ja w ogóle nie nastawiałem zmywarki, żeby oszczędzić.
- I zmywałeś ręcznie, żeby oszczędzić? - zakpiłam.
- Nie, w ogóle nie zużywałem naczyń. Jadłem na gazecie - dodał szybko On, widząc moją dziwną minę. - I kroiłem ser ręką... Nie, odgryzałem kawałki sera!
- Kochanie. Gdybyś mieszkał w Szkocji, wypędziliby cię za skąpstwo - stwierdziłam z niesmakiem. On milczał znacząco. - Ale że mieszkasz w Krakowie, to nie masz się czego obawiać - podsumowałam.

28 października 2009

Nienawidzę Onetu


Nienawidzę Onetu

Regulamin serwisu blogowego Onetu zakłada, że po pół roku od opublikowania ostatniej notki kasują bloga. Ja sobie ubzdurałam, że wystarczy, żebym się logowała co 3 miesiące (nie wiem, skąd te 3 miesiące mi się wzięły...) i blog na starym adresie będzie czekał, aż go przeniosę.

Dziś weszłam celem skończenia przenoszenia - zostało mi pół roku, od marca do października 2007 - i zobaczyłam, że mój stary blog nie istnieje.

Jeśli stosują się do zasad, powinni go byli usunąć dawno temu... Ale postanowili zastosować się niedawno. Nie lubię ich. I kawałek archiwum mi przepadł.

Chlip.

Ubieranki


Ubieranki

- Idę się ubrać - decyduje On koło południa. - No, już, ubieram się! - zapowiada, ciągnąc do góry moją koszulkę z piżamy.
- To się ubieraj, a nie mnie rozbierasz... - marudzę.
- To chodź, kochanie, ubierzesz się - zmienia front On.

Jesienne niby-curry z kury


Jesienne niby-curry z kury


Nawet złota polska jesień obdarowuje nas czasem takimi dniami, w które nie ma się ochoty wychodzić z domu. Ostatnio takich dni jest wiele, więc staram się gotować to, co nie zmusza mnie do wychodzenia z domu. Dziś z takiego niewychodzenia wyklułam potrawę w kolorach jesieni, rozgrzewającą.

Jesienne niby-curry

1 mała cebula
1 łyżka masła
2 piersi z kurczaka (ok. o,5 kg)
2 łyżki przyprawy curry żółtej
4 połówki brzoskwiń z puszki
150 ml syropu z brzoskwiń
1/3 szklanki bulionu warzywnego
1/4 szklanki rodzynek
1 szklanka ryżu basmati

1. Cebulę kroimy w piórka, rumienimy na maśle roztopionym na patelni lub w dużym, płytkim garnku.
2. Piersi oczyszczamy, kroimy w kostkę. Obtaczamy w curry, dorzucamy na patelnię.
3. Brzoskwinie kroimy w paski.
4. Rodzynki sparzamy i odsączamy.
5. Do kurczaka z cebulą dorzucamy rodzynki, zalewamy syropem z brzoskwiń i bulionem.
6. Kiedy całość odparuje, dorzucamy brzoskwinie i chwilę podgrzewamy.
7. Podajemy z ugotowanym na sypko ryżem.

Archetyp hot-doga


Archetyp hot-doga

Pchełka ostatnio opowiadała nam swoje negatywne wrażenia z degustacji hot-doga, który kusi wielkim bannerem przy stacji benzynowej w pobliżu "naszego" przystanku.

- Wiesz, ale te hot-dogi wyglądają bardzo apetycznie - mówię Mu, kiedy mijamy banner, głodni, ale pomni słów Pchełki.
- Ba! Te hot-dogi wyglądają idealnie, jak archetypiczne hot-dogi, one by mogły być w jaskini Platona i rzucać cień! - zachwyca się On.

Wyglądem by mogły. Smakiem nie bardzo. Podejrzewam jednak, że zdjęcie przedstawia tzw. mock upy, czyli modele jedzenia wykonywane na potrzeby reklam.

26 października 2009

Jajecznica u okulisty


Jajecznica u okulisty

On wrócił z wizyty u okulisty, podczas której miał zidentyfikować swoje opuchnięte oko.

- I co, kochanie? - pytam Go po powrocie.
- Czeka mnie amputacja powieki... - odpowiada grobowym głosem On.
- No bez jaj... - przestraszyłam się lekko.
- Bez jaj - kiwa głową On. - Tylko powieka, jaja zostają.

Na szczęście to nic poważnego, musi tylko smarować oko jakąś maścią i zbadać sobie krew.

25 października 2009

Nieprzepisowe zachcianki


Nieprzepisowe zachcianki

Fabuła filmu "Julie & Julia" opiera się na przepisach: jedna z bohaterek pisze książkę kucharską, którą później druga bohaterka czyta dzień po dniu przez okrągły rok, wypróbowując kolejne przepisy.

Podziwiam Julie Powell za to, że udało jej się tak długo tłumić swoją indywidualność i wiernie stosować się do receptur kogo innego. Podziwiam - bo ja nie potrafię stosować się do przepisów. "Nie potrzebujecie przepisów, gdy znacie podstawy gotowania. Jeśli ktoś jest tak głupi, że bez przepisu nie zrobi czegoś takiego, to nigdy niczego nie ugotuje" - powiedziała... Julia Child! Po czym napisała książkę kucharską.

Wychodzę z podobnego założenia. Stosując zasady sztuki kulinarnej można stać się co najwyżej dobrym rzemieślnikiem, wiernym odtwórcą, doskonałym kopistą. Dopiero naginając je i łamiąc stajemy się artystami.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio gotowałam czy piekłam coś dokładnie według przepisu. Zawsze dodaję czegoś na oko, wymieniam składniki na inne, które akurat mam w domu lub też na bardziej odpowiednie przy Jego alergii, albo po prostu na lepiej - moim zdaniem - pasujące do danej potrawy.

Dziś upiekłam muffinki, niby te, ale nie do końca. Zamiast budyniu waniliowego dałam czekoladowy, zamiast gruszek brzoskwinie z puszki, a gotowe babeczki udekorowałam nitkami białej czekolady. Niewątpliwie wersja oryginalna - która przecież też powstała jako pomysł autorski! - jest przepyszna, ale cóż ja poradzę, że miałam puszkę brzoskwiń, a gruszki ani jednej? Uruchomiłam wyobraźnię, dodałam do niej swoją dzisiejszą czekoladową zachciankę i Jego ulubione brzoskwinie...

Miłość i wyobraźnia to najlepsze przyprawy, które w dodatku pasują do wszystkiego.

Być jak Cosmogirl...


Być jak Cosmogirl...

Pchełka w oczekiwaniu na obiad dorwała Cosmopolitan.

- "50 sexy rad, jak dotykać go tam na dole" - przeczytała głośno. - Tam na dole to znaczy gdzie?
- W piwnicy - odrzekł Luby.

Otwieram wino ze swoją dziewczyną


Otwieram wino ze swoją dziewczyną

Piliśmy wczoraj wieczorem wino zagryzając palmierami z pesto i żółtym serem. Mnie już wtedy pobolewała głowa, jak to zwykle w te dni.

- W jakiej książce było to wino, przy którym najpierw się miało kaca, a później się je piło? - spytałam omdlewającym głosem dzisiejszego ranka.
- W "Piramidach" - odparł od razu On. - A co, masz kaca? Mój ty mały kacyku...
- Nie dotykaj mojej głowy! I nie mam kaca, tylko głowa mi pęka!
- Zamknij sobie oczka... Poleż spokojnie... Możesz mnie pomyziać...
- Nie mogę... - jęknęłam. - Jak zamykam oczy, widzę długi tunel i na końcu światełko. To każe mi myśleć, że to moje ostatnie godziny, bo jestem w stanie śmierci klinicznej.
- No widzisz! To możesz mnie pomyziać. Co ci szkodzi?

23 października 2009

Soft


Soft

On kupił mi płyn do kąpieli pt. SoftWash.
- Umyję się twoim płynem - zapowiedział wczoraj.
- Moim płynem SoftWash?
- Tak.
- Dla facetów powinni zrobić specjalną wersję: HardWash. Faceci nie powinni być soft, to niemęskie.

21 października 2009

Debaty barowe


Debaty barowe

Dziś przyjmowaliśmy Pana-od-Baru: Pchełka jako Właścicielka, ja jako Wizja Artystyczna, Luby jako Głos Rozsądku, On jako Naczelna Maruda.

- Mam ochotę wam to wszystko zostawić i tylko zapłacić rachunek - westchnęła Pchełka po dwugodzinnych debatach nad barem, najpierw z PoBem, później bez niego.
- Świetnie! - ucieszyliśmy się z Lubym. - Ile możemy dostać prowizji?
- Choć w zasadzie mogłabyś tak zrobić... Określ budżet i daj nam wolną rękę, a ja gwarantuję, że Ci się spodoba - dodałam po krótkim namyśle. - W końcu ja tu jestem od tego, żeby było ładnie.
- Ty będziesz dbać o to, żeby było "ładnie", ja cię będę tępił, aż w końcu wyjdzie "sensownie" - obiecał Luby.

20 października 2009

Semantyka jabłek


Semantyka jabłek

Byłyśmy dziś z Pchełką w Świątyni Fastfudu, czyli w McD. (Z niewiadomych powodów tam zawsze spotykamy się z panią architekt, która zajmuje się projektami i rysunkami wystroju KahvaThei.)

Poprosiłam Pchełkę, żeby wzięła mi szarlotkę i herbatę.
- Nie ma szarlotki - zakomunikowała Pchełka powróciwszy do stolika.
- Skoro nie ma szarlotki, to z czym są ciastka? - z autentycznym zaciekawieniem zagadnęłam pana przy kasie.
- Z jabłkami i... eee... z wiśniami - złożył raport pan, na oko piętnastoletni.

Jeśli szarlotka to nie ciasto z jabłkami, to CO?!

19 października 2009

Degustacja


Degustacja

Rodzice kupili grappę na spróbowanie. Tata nalał Mamie kieliszek po kolacji, kiedy wszyscy siedzieliśmy jeszcze przy owalnym stole jadalnym.

Braciszek zabrał Tacie kieliszek, powąchał zawartość, umoczył czubek języka.
Skrzywił się z niesmakiem i przekazał kieliszek Siostrze, zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Siostra powąchała zawartość, umoczyła czubek języka.
Skrzywiła się z niesmakiem i przekazała kieliszek mnie, następnej w kolejce.

Powąchałam zawartość, łyknęłam odrobinę.
Skrzywiłam się z niesmakiem i przekazałam kieliszek Mamie.

Mama spojrzała na nas z pogardą.
- Nie umiecie pić - podsumowała i wypiła wszystko za jednym razem.

Zdrowo czy niezdrowo?


Zdrowo czy niezdrowo?

Braciszek, miłośnik fastfudu, rozpoczyna poranek.
- Muszę sobie zrobić coś niezdrowego na śniadanie - komunikuje wszem i wobec.
- Ale po co coś niezdrowego..? - pytam nieuważnie, jednym okiem obserwując gryzącą Nigellę. - Tata kupił świeży chleb. Jeszcze ciepły!
- Ciepły chleb jest niezdrowy - surowo upomina mnie Braciszek.

PS. Braciszek ma lat 14, ale dla mnie i tak jest Braciszkiem.

16 października 2009

Śmierć kociaka


Śmierć kociaka

- Chyba jakoś wczoraj jedna z wiszących doniczek spadła - raportuje mi On za pośrednictwem SMSa.
- Dobrze, że nikt po łbie nie dostał. Ale przyniosłeś..? - odpisuję.
- Zgniotło tylko jakiegoś kociaka. Oczywiście, że przyniosłem - odpowiada błyskawicznie On.
- Przyniosłeś kociaka czy zawartość doniczki?

Pszenżyto po żydowsku


Pszenżyto po żydowsku

- ...to społeczność zżyta - mówi telewizor.
- Co? Z żyda? - pytam, nie dosłyszawszy.
- Zżyta! - mówią Siostra z Braciszkiem jak do głuchej.
- Z żyta? A może... z pszenżyta?

14 października 2009

Piwowarstwo


Piwowarstwo

Tuż obok nas mieści się siedziba sklepu internetowego z akcesoriami do tzw. homebrewingu, czyli domowego wyrobu piwa. Wczoraj podrzuciłam Mu (i Lubemu) linka do tegoż sklepu. On bardzo się napalił na produkcję, postanowił jednak najpierw dokształcić się teoretycznie.

- "Dostosowywanie ph i składu wody" - mruczy do siebie. - To sobie chyba podaruję... "Metody sterylizacji w piwowarstwie"?! Ja sobie chyba podaruję to warzenie... To jest niebezpieczne.
- Ależ, kochanie, chodzi o sterylizację butelek, nie piwowara... - tłumaczę Mu łagodnie.

Swoją drogą, wczoraj czytałam jakiś wątek na forum piwo.org, w którym każdy post z jakąś formą słowa "warzyć" był poprawiony przez moderatora na "ważyć"...

13 października 2009

Skubanie praciotki


Skubanie praciotki

On ma zwyczaj rzucania określeniem "skubany!", jeśli coś robi na Nim wrażenie. Dziś był z wizytą u swojej dalekiej ciotki.

- I wiesz, poznałem tę... Eufrozynę.
- Praciotkę?
- Tak, praciotkę. Ty wiesz, że ona ma 90 lat? Skubana!

Pewnie Was to nie śmieszy, ale mnie i owszem.
Powszechnie jednak wiadomo, że ja nie mam poczucia humoru.

Słupki w PKP


Słupki w PKP

Jechałam dziś pociągiem. To był głupi pomysł, bo utknęłam na ponad godzinę na stacji Jaworzno Szczakowa, gdyż rosnące przy torach drzewo przewracając się pod ciężarem śniegu zerwało trakcję. Co roku zima zaskakuje drogowców, dziś zaskoczyła chyba wszystkich, łącznie z samą sobą. Wracając do tematu, z powodu przymusowego postoju straciłam połączenie do rodzinnego miasta, więc zdecydowałam się oddać niewykorzystany fragment biletu. Nie dla pieniędzy. Dla zasady.

Procedura oddawania biletu nie jest łatwa, ale miałam czas, na dworcu było ciepło, w przeciwieństwie do terenu poza budynkiem dworca, więc pomaszerowałam grzecznie do Informacji, gdzie przemiła grubiutka pani z poważną wadą wymowy poświadczyła mój bilet jako częściowo niewykorzystany.

Następnie udałam się do jednej z kas, gdzie miano mi zapłacić za tę trasę, której nie przejechałam. Pan w kasie spojrzał nic nierozumiejącym wzrokiem na bilet, potem na mnie, potem na bilet... Odwróciłam blankiet. "Chciałam zwrócić!" - huknęłam przez grubą szybę. Kasjer nie odezwał się. Położył bilet na środku biurka i wpatrywał się w niego jak zaczarowany. W końcu wstukał coś w komputer. Popatrzył na ekran. Popatrzył na bilet. Popatrzył na ekran...
Podsunął sobie karteczkę. Napisał na niej 12 (cena całego biletu), pod spodem 8 (cena biletu na trasie Kraków-Katowice). Podkreślił słupek kreseczką. Pomyślał chwilę. Dopisał minus obok ósemki. Pomyślał. Podliczył słupek: 4. Kiwnął głową, ale jeszcze sięgnął po kalkulator - dla pewności. Odjął 8 od 12. Dał mi dwie dwuzłotówki.

Ja rozumiem, że ludzie na granicy normy umysłowej nie powinni być wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Naprawdę, rozumiem to, jak ważne jest zatrudnianie niepełnosprawnych. Całym sercem to popieram. Ale dlaczego to akurat PKP, w całym majestacie swojego brudu, smrodu, spóźnień i absurdów, musi stawać się tym zakładem pracy chronionej?!

12 października 2009

Słowa zapomniane


Słowa zapomniane

CHLEBAK - dawniej: pojemnik do przechowywania pieczywa w formie pudełka ("stacjonarny") bądź torby (przenośny). Dziś: tylko pudełko.

ŁUG - dawniej: żrąca substancja używana do wybielania tkanin czy drewna. Dziś: mylony z krochmalem, zapewne za sprawą środka ŁUGA krochmal.

NA CHYBCIKA - dawniej: na szybko. Dziś: przez młodzież zapomniane, mówi się "na szybkensa".

11 października 2009

"Julie i Julia"


"Julie i Julia"


Królowa Julia I - Amerykanka, która postanowiła odczarować kuchnię francuską, a przy okazji gotująca feministka. (Też jestem gotującą feministką!) Julia II - niespełniona pisarka, urzędniczka, uciekająca od szarego życia w gotowanie.

8 lat i 365 dni, 524 przepisy, mnóstwo kulinarnych złotych myśli, kilka naprawdę zabawnych scen, parę załamań nerwowych po obu stronach. Komediodramat - mój ulubiony gatunek filmowy.

Jeśli lubisz gotowanie i Meryl Streep, to biegnij do kina!

Julie & Julia, USA 2009

"Kochanie"


"Kochanie"

Jakoś tak się złożyło, że rzadko mówimy sobie po imieniu, zawsze "kochanie".

- Kochanie! - woła On, kiedy maszerujemy przez przydworcową galerię.
- Po imieniu ją wołaj, jak zawołałeś "kochanie", cztery dziewczyny się odwróciły! - mityguje Go Tato.

Wyspiański?


Wyspiański?

Teatr Słowackiego w Krakowie. Wychodzimy po spektaklu do foyer.
- O, a to chyba Wyspiański - mówię widząc obraz na ścianie.
- No faktycznie, Wyspiański... - powtarza Tato podchodząc bliżej.
- Żaden Wyspiański, to Kaligula - mówi jeden z widzów, patrząc na podpis na obrazie.

10 października 2009

Doczekałam się!


Doczekałam się!

Jego Wysokość Piekarnik.



Już go kocham.

9 października 2009

Tajemnica budzika rozwiązana!


Tajemnica budzika rozwiązana!

Dziwowaliśmy się oboje nad mechanizmem przyspieszającym upływ czasu, wmontowanym w nasz budzik.

Wczoraj Tato* nas oświecił: takie mechanizmy są niezbędne przy zegarkach nakręcanych, bo z czasem sprężyna się naciąga i trzeba przyspieszyć zegarek, żeby nadal odwzorowywał wiernie upływ czasu.

* Tato to Jego tata, a Tata to mój tata.

7 października 2009

Prośbą i groźbą


Prośbą i groźbą

On wychodzi na zajęcia.
- Możesz mi jeszcze sprawdzić, ile dokładnie kosztuje ten piekarnik?
- Uhm. Już. Mmm, jak ślicznie pachniesz... - łowię nosem niebiańską woń Fahrenheita.
- Muszę, przecież dzisiaj widzę się z Agatą.
- Uhm... - mruczę nieuważnie, wklepując adres sklepu internetowego. - Ejże. CO POWIEDZIAŁEŚ?!
- Kocham cię... - potulnie "powtarza" On.

Standardy obsługi bis


Standardy obsługi bis

Jeden z Lokali Bez Papierosa na krakowskim Starym Mieście.

- Czy zdołałyście panie coś wybrać? - zagaduje nas tonem wręcz zalotnym kelnerka.
- Tak, po wielu trudach udało się - odpowiadamy z humorem. - Poprosimy macchiato... i...
- Ale panie wiedzą, że macchiato to jest takie bardzo małe espresso? - pada pełne troski pytanie.

Było miło, choć niekonwencjonalnie.

6 października 2009

Płeć


Płeć

- Jak już pogadam z tym facetem... - zaczynam.
- Z facetem? A to nie miał być ksiądz? - przerywa mi On.

Pissing i pedicure


Pissing i pedicure

- Musisz zdecydowanie obciąć paznokcie - mówi On, obrzucając krytycznym spojrzeniem moje stopy.
- Wiem... Tak strasznie nie lubię tego robić... - jęczę w odpowiedzi.
- Może idź z tym do kosmetyczki? - sugeruje On.
- Nie mogę... Przecież bym ją obsikała... - marudzę. (Mam straszne łaskotki na stopach, które wyzwalają od razu jakieś niekontrolowane reakcje.)
- Mam pomysł! Wejdź na jakieś forum dla dewiantów... Na pewno znajdziesz babkę, może niekoniecznie kosmetyczkę, która ci zrobi pedicure za bycie obsikaną...

5 października 2009

Radość


Radość

- Sklep do mnie napisał! "Twoje zamówienie jest skompletowane"! - ucieszył się On sprawdziwszy pocztę. - Szatan, szatan! - zanucił radośnie, unosząc ręce w charakterystycznym geście.

A to wszystko z powodu piekarnika...

"Moje Winnipeg"


"Moje Winnipeg"


"Wszyscy mamy swoje mitologie prywatne. Odkrywam miejsca i wydarzenia, które ukształtowały moją wrażliwość. [...] Kino powinno uświadamiać to, co podświadome" - mówi Guy Maddin.

I tworzy film, który staje się paradokumentalną bramą do świata jego dzieciństwa. Rodzinne miasto widziane oczami dziecka i nastolatka, podróż sentymentalna po nieczynnym już kąpielisku, domu towarowym, stadionie. Tragikomiczne wspomnienia, niektóre będące tworem wyobraźni, ale świetnie wpasowujące się w oniryczny nastrój filmu. 80 minut w półśnie.

Każdy z nas ma taki film w głowie. Maddin pomaga to sobie uświadomić.

My Winnipeg, Kanada 2007

Standardy obsługi


Standardy obsługi

Podczas pobytu w Londynie zgodnie doszliśmy z Nim do wniosku, że między uprzejmością Polaków a Anglików przy obsłudze klienta jest przepaść: Polacy są uprzejmi, bo tak im każą szefowie, bo inaczej wylecą z pracy, bo tak trzeba - a Anglicy po prostu są uprzejmi, bo niby czemu nie.

W miniony weekend odwiedziła mnie Mama i w jej towarzystwie miałam okazję potwierdzić moją teorię. Stało się to w sklepie z rajstopami Znanej Firmy na C mieszczącym się w Galerii Handlowej Przy Dworcu. Wybierałyśmy rajstopy do zestawu promocyjnego 5 w cenie 4, debatując nad kolorami, rozmiarami i preferencjami mojej Siostry, której wtedy nie było z nami.

- Może pomóc z rozmiarkiem? - zagadnęła Mamę sprzedawczyni.
- Nie, dziękuję za pomoc - odpowiedziała Mama.
- Może pomóc dobrać rozmiarek? - usłyszałam z kolei ja.
- Hm, już chyba pani pytała. Nie, dziękuję.
- A to panie są razem? - zdziwiła się sprzedawczyni. Zachowałyśmy pełne godności milczenie, bo czyż odpowiada się na pytanie retoryczne?

- Jak znajdziesz różowe trójki, to mi powiedz - zakomunikowałam Mamie, grzebiąc wśród wieszaczków.
- A to ty trójki? Myślałam, że jej [Siostrze] trójki, a tobie dwójki.
- Nie, dwójki na mnie za krótkie - roześmiałam się mając w pamięci ostatnie przejścia z rajstopami w stylu hiphopowym, czyli krok w kolanach.
- Ja to pani mogę rozciągnąć na kolanku - zaproponowała usłużnie sprzedawczyni, skwapliwie podsłuchująca nas z bezpiecznej odległości. Zazgrzytałyśmy zębami.
- Nie, dziękujemy - odparłyśmy unisono.

- Jednak nie chcę różowych - powiedziałam do Mamy, nie znalazłszy swojego rozmiaru w tym kolorze.
- Ale różowy to taki modny kolor! - powiadomiła nas sprzedawczyni.

Wyszłyśmy.

4 października 2009

Odczynić herbatę


Odczynić herbatę

- Zauważyłaś, że jak się doleje soku malinowego do herbaty, to na kubku nie ma osadu? - odkrył On.
- Pewnie dlatego, że herbata z malinami jest kwaśna, a bez niczego ma odczyn zasadowy.
- Chyba osadowy - zażartował On.

3 października 2009

Ironing party


Ironing party

Sprzątamy przed przyjazdem mojej Mamy - m. in. chowamy w sypialni siatę z prasowaniem.
- Mam pomysł. Pożyczymy sprzęt od sąsiadów i zrobicie sobie z mamą ironing party na dwa żelazka! - wpada na koncept On.
Patrzę na Niego z politowaniem.
- A może my usiądziemy na ploteczkach, a ty staniesz za deską..? - proponuję.
- Nie ma mowy.
- To o ironing party też nie ma mowy - podsumowuję kategorycznie.
- Tylko nie powtarzaj tego pomysłu mamie...
- Nie powtórzę. Opublikuję na blogu - uśmiecham się wrednie.

Pozdrawiamy Mamę, która miała swoje ironing party przed przyjazdem do nas.

1 października 2009

Kurczak ze Wschodu


Kurczak ze Wschodu

Lubię kuchnię azjatycką: szczególnie chińską, tajską i indyjską. Za modnym obecnie sushi nie przepadam, ale przed wyjazdem do Londynu ostrzyłam sobie zęby na China Town i na wszechobecne oryginalne tandoori.

Niestety, On jako alergik (złota dziesiątka produktów uczulających plus kilka, których nie tknie za nic w świecie) bardzo nieufnie podchodzi do wszelkich eksperymentów kulinarnych. Kategorycznie odmówił smakowej wyprawy do Azji, co przyjęłam z niejakim smuteczkiem, postanawiając odbić to sobie po powrocie do Polski.

W Jego przypadku przypomina to trochę wprowadzanie nowych pokarmów do diety niemowlaka: powolne przyzwyczajanie do nieznanych smaków. Prezentuję Mu różne rodzaje ryżu, nieśmiało dorzucam do potraw curry i garam masalę, doprawiam sosem sojowym albo tworzę słodko-kwaśne połączenia. Może to z oryginalną kuchnią orientalną niewiele ma wspólnego, ale smakuje dobrze, inaczej niż zwykle, a On przetrawia.

Kurczak ze Wschodu

2 piersi z kurczaka (ok. o,5 kg)
2 łyżki przyprawy curry (żółtej)
1 łyżeczka imbiru
1 puszka ananasa (lub świeży + sok)
100 ml mleka kokosowego
kilka łyżek bulionu warzywnego
oliwa do smażenia

1. Kurczaka oczyścić i pokroić w paski. Usmażyć na oliwie z curry i imbirem.
2. Ananasa odsączyć, pokroić w kostkę, dodać do mięsa.
3. Zalać syropem z ananasa, odparować aż zgęstnieje.
4. Zabielić mlekiem kokosowym.

Podawać z ryżem.

Przepis inspirowany tą książką.

Półśrodki


Półśrodki

Są takie dwa połówkowe miesiące w roku, w których strasznie marznę. Właściwie marznę przez okrągły rok, nawet w upały miewam lodowate dłonie i stopy, ale w maju i wrześniu to przechodzi ludzkie pojęcie. Maj jest jeszcze chłodny, a kaloryfery już nie grzeją, a wrzesień już jest chłodny, a kaloryfery jeszcze nie grzeją.

- Proszę mi kupić kapcie elektryczne - zażądałam od Niego, czując, jak stopy zamieniają mi się w kostki lodu, mimo dwóch par grubych skarpetek i 21 stopni w mieszkaniu.
- I co jeszcze? - spytał ironicznym tonem On.
- I jeszcze... rękawiczki elektryczne... i krzesło elektryczne.