Food miles


Post Krytyka o nowalijkach sprowadzanych zza mórz i oceanów przypomniał mi o ciekawej kwestii, z jaką zetknęłam się przy okazji implementacji idei Slow Food w moje codzienne życie.

Jednym z założeń Slow Foodu jest wspieranie rynków lokalnych poprzez kupowanie i spożywanie produktów wyprodukowanych możliwie blisko miejsca, w którym mieszkamy. W praktyce oznacza to znalezienie najbliższej piekarni, masarni, mleczarni i konsekwentne zakupy ich wyrobów. Kupując żywność importowaną czy sygnowaną przez wielkie korporacje mamy niemalże gwarancję, że przejechała ona setki kilometrów, które obarczają ją dużym ładunkiem tzw. food miles, czyli energii zużytej na transport.

Oczywiście w przypadku niektórych produktów trudno wspierać rynki lokalne - w Polsce na przykład nie hoduje się kawy, herbaty, kakao, ryżu i wielu innych rzeczy, które są dla nas chlebem powszednim. Nie namawiam jednak nikogo do rozpoczęcia hodowli ryżu na balkonie! Liczenie food miles wystarczy zacząć od pojemnika na chleb.

I tu niespodzianka - bo może się okazać, że najbliższe piekarnie dostarczają pieczywo na przeciwległy koniec miasta, a do osiedlowego spożywczaka chleb przyjeżdża z sąsiedniego województwa. Tak jest na przykład w krakowskiej dzielnicy Krowodrza. Warto to sprawdzić, jeśli nie piecze się samemu czy nie kupuje bezpośrednio w miejscu produkcji - wystarczy spytać w sklepie o dostawcę pieczywa.

Ja mam szczęście - do najbliższego sklepu spożywczego pieczywo dostarcza piekarnia Grzegorza Krupy, produkująca między innymi naturalny chleb na zakwasie, który cieszy się rekomendacją Slow Food Polska.

Gorzka refleksja


Gorzka refleksja

Edukowanie podniebień to misja z góry skazana na porażkę. Masy bowiem, tłumy, społeczeństwem zwane, pragną niemożliwego: pragną dobrze, tanio i szybko. Najlepiej, żeby to "dobrze" obejmowało indywidualne zamówienia, setki lat tradycji, ekologiczne składniki, brak konserwantów i sztucznych barwników, domowy smak, profesjonalny wygląd i Hello Kitty w niebieskiej sukience firmującą to wszystko swoją pozbawioną ust mordką.

Tymczasem poszukiwanie ekologicznych jajek, dostosowywanie receptur do alergii i osobistych gustów czy ręczny wyrób bez półproduktów wymagają CZASU. Czas to praca, a praca kosztuje. Dlatego właśnie w trójkącie szybko-tanio-dobrze można zaznaczyć tylko jedną linię, przechodzącą - jak wiadomo z lekcji matematyki - przez dwa, nie przez trzy punkty. Szybko i tanio można pod dworcem dostać frytki z mrożonki smażone w starym oleju.

Przykro, kiedy ideały z tak wielkim hukiem zderzają się z rzeczywistością.

27 kwietnia 2010

Czytanie przystanków


Czytanie przystanków

- O-rzesz-kowej - wygłasza starannie Głos w Tramwaju.
- Zabrzmiało jak "o mój Boże" - mruczy On.

Ja wolałam krakowskich artystów.
Przynajmniej nie mówili "Staro! wiślna".

Piło i żyło


Piło i żyło

- Pić..! - zakwiliłam wczoraj, wróciwszy z pracy ugotowana na twardo w tramwaju.
- Co? - spytał On rzeczowym tonem.
- Cokolwiek... byle było mokre...
- Proszę - On wręczył mi szklankę podejrzanie szybko.
- Hm. Nie mówiłam, że ma być z alkoholem - mruknęłam po kilku łykach. - Miło, że oddałeś mi swojego drinka, ale co jeśli jestem w ciąży?
- Jeśli jesteś w ciąży, to nie ze mną, więc morduję cudzego potomka - oznajmił spokojnie On.

24 kwietnia 2010

Weekendowa rozrywka


Weekendowa rozrywka

Rozmawiają dwie przyjaciółki.
- Co robisz w weekend?
- A, myślałam, żeby iść na pogrzeb Kurtyki...

22 kwietnia 2010

Tarta sufletowa


Tarta sufletowa

Jestem niespełnioną purystką kulinarną: wciąż poszukuję przepisów źródłowych, klasycznych, prawdziwych. Nieufnie podchodzę do nowoczesnych modyfikacji, pogardą darzę chodzenie na łatwiznę i zastępowanie gorzej dostępnych składników łatwiej dostępnymi. Cenię sobie prostotę, która zawiera się w tradycji.

Są jednak dania, które same w sobie są fuzją smakową, nowoczesnym wymysłem, kombinacją klasyki z XXI wiekiem - i w tych przepisach można pozwolić sobie na modyfikacje, za co z ochotą się zabieram. Nazywam to tuningiem potraw. Najczęściej wyrzucam z przepisu rzeczy, których On nie jada z powodu alergii czy gustów, zastępuję je składnikami mającymi według mnie polepszyć smak gotowego dania. Nihil novi, robi tak chyba każdy, kto gotuje świadomie.

W środę zrobiłam jednak coś niepodobnego do siebie: wiernie zrealizowałam przepis Pascala. No, wyjąwszy kostki smaku (nie używam) i natkę pietruszki (On ma alergię). I... nie jestem zadowolona z efektu końcowego. Co gorsza, nie mam pojęcia, co zrobić, żeby ta tarta była lepsza, bo musicie przyznać, że drzemie w niej potencjał. Przepis pochodzi z książeczki "Po prostu mi to ugotuj", zawierającej przepisy na szybkie obiady (ale nie jest szybki).


NADZIENIE:
1 kalafior
1 l bulionu warzywnego
100 g startego emmentalera
3 jajka (osobno białka i żółtka)
czosnek
2 łyżki masła
60 g mąki
200 ml mleka pełnotłustego
gałka muszkatołowa (1 kulka)
sól, pieprz

Ciasto wyrobić, wstawić do lodówki na 30 minut.
Wyłożyć nim formę do tarty.

Kalafior podzielić na różyczki i ugotować do miękkości w bulionie.
Z masła, mąki i mleka zrobić beszamel, doprawić gałką muszkatołową.
Beszamel wystudzić, dodać żółtka i wymieszać.
Kalafior odcedzić, dodać do masy beszamelowo-żółtkowej, rozgnieść widelcem.
Doprawić czosnkiem, solą i pieprzem.
Białka ubić na sztywną pianę, pianę dodać do masy, delikatnie wymieszać.
Wylać na "miseczkę" z ciasta, wstawić do rozgrzanego piekarnika i piec w 160 stopniach (bez termoobiegu w 180) przez ok. pół godziny.

Tarta ładnie wyrosła, z wierzchu pięknie się przyrumieniła, ale w smaku była trochę zbyt mdła. Może dodałam zbyt mało czosnku? Nie chciałam, żeby jego smak zdominował kalafior, bo przecież nie o to chodzi. Nie mam pomysłu, co by ją mogło poprawić. Może wędzony łosoś?

21 kwietnia 2010

American Tarte


American Tarte

- Jak będziesz podgrzewał tę tartę, to ją najpierw pokrój - mówię Mu przez telefon.
- Dobrze, pokryję ją - odpowiada dziwnie uradowany On.
- PokrÓj, nie pokrYj!
- A. Pokroić też mogę.
- Niech pokryje - komentuje Pchełka. - Wyjdą z tego tarteletki... z włosami do pasa.

19 kwietnia 2010

Kaczka


Kaczka

- Uuła, uuła, uuła, uuła - naśladuje kaczkę* On.
- Wspaniale, kochanie - zgrzytam zębami.
- Uuła, uuła, uuła, uuła... ouć! - dusi jęk On, walnąwszy się o coś. - No pięknie. Ty się śmiejesz, a ja tu cierpię - mamrocze urażony, słysząc mój niepohamowany śmiech.

* Kaczka - to efekt do gitary, dający "kwaczące" brzmienie. Po angielsku: Wah Wah.

Człowiekiem jestem...


Człowiekiem jestem...

- Podasz mi talerzyk? - rzuca On, wpatrując się łakomie w ciasto.
- Uhm... Kochanie? Jesteś drzewcem? - pytam zaciekawiona, kiedy odwróciwszy się, zastaję Go wykonującego taniec drzewców z gry World of Warcraft.
- Tak się składa, że jestem człowiekiem - oznajmia cierpko On, wracając do rzeczywistości, jak gdyby nic się nie stało.

Kołysanka


Kołysanka

- Ooooo, śpij, kochanie, śpij! - podśpiewuję sobie dziarsko o poranku.
- To się da zrobić - mruczy On, okopując się w łóżku.

18 kwietnia 2010

Kłódeczka


Kłódeczka

On przy okazji porządków na moim biurku odkrył kłódeczkę, która została mi z zajęć na basenie na I roku studiów.
- O, zobacz! Kłódeczka! Jaka słodka!
- Bo ja wiem... - rzuciłam obojętnie, porządkując jakieś papiery.
- Zastanawiam się, co na nią zamykać. Może lodówkę?

Wielkie Żarcie


Wielkie Żarcie

- Kupiłam dwa słoiczki pesto, bo w Lidlu była promocja - wyjaśniłam Mu.
- Ciekaw jestem, kto to teraz zje - mruknął On.
- Ja zjem!
- A, to żryj, bardzo proszę! - kurtuazyjnie zaprosił mnie do stołu On.

16 kwietnia 2010

Sernik na ostro


Sernik na ostro

Od pewnego czasu chodził za mną pomysł na sernik na ostro - wilgotny i pikantny.
Przekopałam Internet w poszukiwaniu przepisów lub choć inspiracji, ale nic nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Postanowiłam sama wymyślić przepis, bazując na swojej niewielkiej wiedzy na temat chemicznych właściwości różnych produktów oraz na stosowanym w mojej rodzinie od lat przepisie na Sernik Idealny. I zrobiłam...

Serniczki pomidorowo-paprykowe
300 g sera białego
2 jajka
1 łyżka masła
1 łyżka mąki ziemniaczanej
pesto rosso
czerwone curry
węgierska pasta paprykowa
sól, pieprz

Biały ser zemleć i utrzeć z żółtkami na gładką masę.
(Ja pominęłam mielenie, czego żałuję.)
Dodać roztopione masło i mąkę ziemniaczaną.Doprawić do smaku pesto, curry, pastą paprykową, solą i pieprzem.
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wymieszać z masą serową.
Przełożyć do niedużych foremek (ja użyłam takich na suflety, ale muffinkowe też dadzą radę) i piec przez 40 minut w 180 stopniach.


Ciekawą modyfikacją byłoby użycie tzw. serka włoskiego (Capri) albo sera koziego zamiast klasycznego twarożku.

15 kwietnia 2010

Od niczego


Od niczego

- Człowiek tyje od jedzenia, nie od niczego! - przekonuje mnie On.
- Pewnie, że nie od Nietzschego - kiwam głową. - Od Kanta i od Kierkegaarda też nie tyje.

Cóż... to tylko bukiet zwykłych róż...


Cóż... to tylko bukiet zwykłych róż...

Część prezentu urodzinowego dla mojej Mamy - róże z kruchego ciasta.

13 kwietnia 2010

Przy lampie


Przy lampie

Kupiliśmy wreszcie (w Home&You) lampę do sypialni. To drugi zakup lampowy (po lampie OTTAVA z Ikei).

Lampa pozornie nie pasuje do reszty pokoju, ale nam obojgu się bardzo podoba.
I rzuca śliczny cień na sufit!

- Jaka śliczna..! - zachwyciłam się, zapaliwszy światło i rzuciwszy się na łóżko, podziwiając sufit, lampę i wszystko. - Możemy przy niej..?
- Kochanie, nawet jeśli zgasimy światło, to ona dalej tu będzie - uspokoił mnie On.

12 kwietnia 2010

Zielona quiche


Zielona quiche

Oboje bardzo lubimy brokuły. W tej quiche połączenie ich smaku z kruchym ciastem i kremowym, śmietanowym nadzieniem jest po prostu doskonałe. 


Zielona quiche z brokułami i mozzarellą 

CIASTO
240 g mąki (ja mieszam pół na pół poznańską i tortową)
125 g zimnego masła
1 jajko
szczypta soli
zimna woda

1. Masło pokroić na małe kawałki dodać do mąki wymieszanej z solą. Wbić jajko.
2. Szybko wyrobić (mikserem albo czubkami palców). 
3. Jeśli ciasto się nie klei, dodać trochę wody, lepiej mniej niż więcej.
4. Rozwałkować podsypując odrobiną mąki. 
5. Wyłożyć do formy i wstawić do lodówki na co najmniej 30 minut.

NADZIENIE
1 brokuł świeży lub 1 paczka mrożonych brokułów
2 jajka
200 ml słodkiej śmietanki
2 łyżki kwaśnej śmietany
250 g sera żółtego
1 kulka mozzarelli
gałka muszkatołowa
sól, biały pieprz

1. Brokuł pokroić na różyczki, zblanszować, odsączyć z wody. (Mrożone obgotować - 2 minuty.)
2. Odłożyć 7 większych różyczek.
3. Do miski wbić oba jajka, dodać śmietankę i śmietanę. 
4. Dorzucić resztę brokułów, rozdrobnić blenderem.
5. Mieszankę doprawić. Dodać żółty ser starty na drobnej tarce.
6. Mozzarellę pokroić na plastry.
7. Mieszankę wlać do "miseczki" z ciasta. Ułożyć w niej brokuły i mozzarellę.
8. Piec w 180 stopniach, aż wierzch się zarumieni.

Najlepiej wystudzić w piekarniku, pokroić i ponownie podgrzać pojedyncze kawałki.

10 kwietnia 2010

Zdrada leniwca


Zdrada leniwca

- Masz jutro pracę?
- Uhm, od 10 i będę w domu koło 18, bo jeszcze mam taniec.
- Przez ten czas zdążę cię zdradzić dwa razy - zwierzył się On.
- Cienias z ciebie, tylko dwa?
- A co się będę przemęczał.

9 kwietnia 2010

Drabinka


Drabinka

- Kupiłem drabinkę - oznajmił trzeszcząco On z głośnika w telefonie. - Na dzisiaj i na jutro.
- Co kupiłeś?! - zdziwiłam się, mając w pamięci to, że miał mi kupić ziemię do kwiatów, więc czemu kupował drabinkę i, u licha, czemu dwudniową?!
- Dwa winka! - zatrzeszczał znów On.

8 kwietnia 2010

Leibnitz


Leibnitz

On czyta o Leibnitzu.
- Ja nie mogę! On był wszystkim! Filozof, historyk, matematyk, fizyk, dyplomata, prawnik, inżynier...
- Mhm - mruczę nieuważnie.
- Wymyślił rachunek różniczkowy, biblioteczny system katalogowy, a na dodatek herbatniki!
- Herbatniki? - wracam do rzeczywistości. - Kochanie, herbatniki to nie ten.

Modnie


Modnie

Muszę się gdzieś wywnętrzyć, no muszę. A blog od tego jest, nie?

Mama była tak uprzejma i we wtorek zabrała mnie i Siostrę do centrum handlowego. Siostra wyszła z batalii z sieciówkami zwycięsko, z wszystkimi rzeczami, po które się wybierała. (Doprawdy nie wiem, jak zdołała znaleźć czarny trencz i proste dżinsy.) My z Mamą chodziłyśmy po sklepach coraz bardziej skwaszone.

A czemu? Bo moda zatacza koło. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że obecne trendy żadnej z nas nie odpowiadają. Bieliźnianych kolorów i fasonów nie lubiłyśmy nigdy, a bledziuch taki jak ja w pastelach wygląda źle. Lata 80 i 90, czyli leginsy i długie t-shirty wyglądają dobrze na osobach z figurą nastolatki, a nie na nas, nobliwych posiadaczkach ćwierć- i półwiecza. Militarne inklinacje to zupełnie nie moja bajka. Styl hippie Mama przerobiła już gruntownie w czasach studenckich, ja go co roku chętnie zapraszam do mojej szafy, tylko co z tego - poliester nosi się obrzydliwie, a w popularnych tunikach-namiotach mogę spokojnie siadać w tramwaju na miejscu dla kobiety ciężarnej.

Tkaniny, jak wspomniany już poliester czy inne sztuczności, pięknie wyglądają na zdjęciach. W naturze przypominają fartuchy kucharek z mojego przedszkola. Półprzezroczyste dzianiny produkcji Azjatyckiej nie sprawdzają się nawet jako piżamy. Bawełenka o gramaturze muślinu wymaga dziadkowego podkoszulka nawet pod zwykłą bluzeczkę.

Gdzie są dżinsowe dzwony? Gdzie te intensywne niebieskości, podobno hit sezonu? Gdzie ołówkowe spódnice..?

Pozostaje odwiedzić krawcową... I podziwiać zdjęcia szafiarek, zgrzytając zębami z zazdrości.

5 kwietnia 2010

Poniedziałek


Poniedziałek

Poniedziałek Wielkanocny, 10:00 - dzwonek do furtki.
Słuchawkę domofonu podnosi Tata.
- Śmigus-Dyngus! - woła ktoś.
- No i co z tego? - pyta Tata.
- Lany Poniedziałek..!
- I was zlało. Z nieba.
- No niestety.
- No to cześć.
- Cześć.

1 kwietnia 2010

F*ck


F*ck

- Pokazałeś fuck gMailowi..! - zauważyłam wstrząśnięta.
- A, to był taki pozytywny fakersik.

Nazwa


Nazwa

- Wymyśliłem, jak nazwę mój nowy zespół - wyjawił mi On.
- No?
- Phallus. Będzie się wymawiało tak, jak się pisze.
- A. Ha... - szepnęłam, nie jarząc do końca.
- Bo to nie będzie fallus, tylko taki fallus, który pcha.
- To lepiej przez CH pisać.
- Dobrze. Pchallus.

All rights reserved.