Dzień 9 - coś, co można podarować jako prezent


Róże z kruchego ciasta.

Taki bukiet dostała ode mnie ostatnio moja Mama. Przepis wzięłam z bloga Komarki. Te ciasteczka są nie tylko śliczne, ale też pyszne i wcale nie takie trudne jak się wydaje na pierwszy rzut oka. W przeciwieństwie do tak popularnych prezentowych makaroników może je zrobić każdy.

Przyłącz się do akcji!

29 listopada 2010

Problemy z komunikacją


Problemy z komunikacją

Spadł śnieg. Chyba w całej Polsce.
Oczywiście zima znów zaskoczyła kierowców, dyrekcję komunikacji miejskiej, koleje państwowe i liczne prywatne firmy transportowe. Drogi na Śląsku są praktycznie nieprzejezdne, autobusy nie mają zimowych opon, a zawodowi kierowcy wypuszczają w świat przez CB radio wiązanki w kierunku kierowców-amatorów.

- Odwołali mi pociąg - powiadomiła mnie Siostra.
- Świetnie, to czym jedziesz?
- Ekspresem. Bo odwołali TLK, a ekspresy jadą.
- Pewnie TLK nie ma zimowych opon, a ekspresy tak...

Dzień 8 - co możesz przygotować z zamkniętymi oczami?


Dzień 8 - co możesz przygotować z zamkniętymi oczami?

Tiramisu.

Przepis, z którego korzystam, nie wymaga krojenia (a więc - nie ma ryzyka obcięcia sobie paluszków) ani dekorowania (wizualna atrakcyjność tiramisu zasadza się w warstwach, a te można przecież ułożyć nie patrząc). Proste czynności, jak ubijanie, mieszanie, maczanie, dają olśniewający rezultat.

(Tiramisu miało się pojawić już wczoraj, ale niestety znam osoby, które go nie znoszą. Jako że twierdzą przy tym, że to deser zbyt słodki, mam podejrzenia, że jedli twór tiramisu-podobny, ale trudno kogoś na siłę przekonywać.)

Przyłącz się do akcji!

28 listopada 2010

Dzień 7 - coś, co wszyscy wydają się lubić


Dzień 7 - coś, co wszyscy wydają się lubić

Piwo.
Czy to wymaga komentarza? Zwłaszcza ze strony osoby, która nie lubi?
No.


Przyłącz się do akcji!

27 listopada 2010

Kocie sprawy


Kocie sprawy

- Kocie. Nie wolno spać na kurtce pana.
- ... - powiedział kot.
- A wiesz, dlaczego? Powiem ci. Bo sierść z brzucha sierściucha bucha.
- ... - przyjął do wiadomości kot.
- A jak pan zobaczy rano swoją kurtkę, to będziesz trzy sierści do śmierci.

Dzień 6 - smak, który przenosi w inne miejsce


Dzień 6 - smak, który przenosi w inne miejsce

Cydr.

Już kiedyś pisałam o mojej synestezji smakowo-zapachowo-kolorystycznej. Nie jest to zbyt oryginalna przypadłość, wszak Marcel Proust i jego słynne madeleines cierpieli na to samo... Trudno mi było wybrać coś z moich wspomnień, bo byle pizza z sieciówki przypomina mi moje pierwsze randki z Nim. Ale że tegoroczna wycieczka do Francji była dla mnie niesamowitym przeżyciem i zostawiła tylko jedno pragnienie: WRÓCIĆ TAM - to wybrałam cydr.

Ten normandzki, delikatnie gazowany, z niedużą zawartością alkoholu, ot taką tylko, żeby przyjemnie zaszumiało w głowie, piliśmy codziennie. Najmilej wspominam wyprawę do domu Moneta w Giverny, małym miasteczku w pobliżu Rouen. Przez cały dzień nosiliśmy wielką, ciężką torbę z dwiema bagietami i dwiema buteleczkami cydru. Na terenie ogrodu Moneta nie wolno urządzać pikników, więc znaleźliśmy zaciszne miejsce już poza nim, nieopodal głównej drogi, przez którą przewalały się tłumy turystów. A później udowadniałam Mu, że jestem trzeźwa, stając na jednej nodze.

Przyłącz się do akcji!

Beagle


Beagle

Jedziemy z Siostrą autobusem.
- Patrz, beagle! - piszczę podekscytowana.
- Jesteś nienormalna - przewraca oczami Siostra. - Ale on idzie szybciej niż jedzie nasz autobus! - dodaje poirytowana.
- Bo to pies myśliwski...

26 listopada 2010

Dzień 5 - potrawa, która Ci kogoś przypomina


Dzień 5 - potrawa, która Ci kogoś przypomina

Apfelstrudel.

Ten austriacki deser jest dość pracochłonny i trzeba mieć wprawę, żeby zrobić go dobrze. Poszatkowane na talarki jabłka z cynamonem i napęczniałymi od soku jabłkowego rodzynkami owija się w delikatne ciasto, tak cienko rozwałkowane, że aż przezroczyste. Moja Babcia ma swoje sposoby - pamięta je jeszcze z rodzinnego domu. Zawsze pieczemy Apfelstrudel (nigdy jeszcze nie odważyłam się go zrobić całkiem sama) z przepisu ze starej, przedwojennej jeszcze książki kucharskiej. Napisanej oczywiście po niemiecku.


Przyłącz się do akcji!

25 listopada 2010

Lizanie


Lizanie

On otwiera wino.
- Coś jest z nim nie tak.
- Co takiego?
- Korek nie chce wyjść, tylko się wciska do środka. Boję się, że za chwilę pęknie butelka.
- Wiesz, to może być nawet sexy, jeśli będziemy zlizywać wino...
- ... ze ścian i z sufitu? Nie bardzo.

Dzień 4 - coś, co trzeba jeść powoli


Dzień 4 - coś, co trzeba jeść powoli

Sushi.

Długo myślałam nad tym, co powinno się jeść powoli. Oczywistą odpowiedzią wydały mi się lody - zbyt oczywistą, żeby ją tu zamieszczać. Poza tym powolne jedzenie lodów wynika (przynajmniej w moim przypadku) z kwestii czysto zdrowotnych. Postanowiłam poszukać w pamięci czegoś, co przygotowuje się tak kunsztownie, że trzeba, wręcz należy się podczas jedzenia delektować.

Nie jestem wielką fanką sushi - chyba jeszcze nie znalazłam "swojego" smaku, zresztą trudno znaleźć podczas jednej jedynej próby. Doceniam natomiast sztukę jego przygotowywania, porównywalną do ceremonii religijnych. Proces jest równie piękny jak rezultat. Nie można go psuć wrzucaniem w siebie ślicznych, przypominających drogie kamienie "owijek" jak w zgniatacz śmieci.

Przyłącz się do akcji!

24 listopada 2010

Dzień 3 - coś, co trzeba jeść szybko


Dzień 3 - coś, co trzeba jeść szybko

Creme brulee.


Najprzyjemniejszy jest ten kontrast między gładkim, schłodzonym kremem a gorącą, chrupiącą skórką - więc trzeba jeść, póki ciepłe.

Przyłącz się do akcji!

23 listopada 2010

Lody, lody!


Lody, lody!

- Wiesz, I. ma współlokatora, który ciągle ją pyta, czy ona mu zrobi loda*.
- Aha. Tak za nic?
- No chyba nie. Wczoraj jej zrobił kolację. O 23. Powiedziałam jej, że powinna mu zrobić, bo kolacji to nawet ty mi nie robisz...

* Ja bardzo przepraszam za dosadność, ale I. naprawdę tak mówi.

Zabawka


Zabawka

- Ciągle się tymi włosami bawisz! - wytknął mi On.
- Bo jestem kobietą. Natura dała mi włosy do zabawy. Mężczyznom dała penisy.
- Też mam włosy do zabawy - obraził się On.

Dzień 2 - potrawa, której nie znosisz


Dzień 2 - potrawa, której nie znosisz

Leczo.

Kiedyś Babcia mnie tym nakarmiła... Skończyło się dla leczo tragicznie, bo na podłodze. Od tamtego czasu nie tykam cukinii i jej podobnych.
Gdyby to warzywo inaczej pachniało (a pachnie podejrzanie podobnie do melona - nic dziwnego, to w końcu jedna rodzina) i miało mniej gąbczastą konsystencję, to pewnie bym się przekonała. Bo ajvar lubię.

Przyłącz się do akcji!

22 listopada 2010

Nad jeziorem


Nad jeziorem

- Czemu zmieniłaś avatar na FB?
- Jest taka akcja (wyjaśniłam Mu akcję). Już dawno chciałam zmienić, tylko nie miałam na co. Może do 6 grudnia mnie natchnie.
- A czemu nie mogłaś dać zdjęcia, jak sikasz do jeziora? Teraz są modne takie avatary.
- Bo... nie mam takiego zdjęcia.
- To zrób!
- Kochanie, za daleko nad najbliższe jezioro...

Dzień 1 - aktualnie ulubiona potrawa


Dzień 1 - aktualnie ulubiona potrawa

W chwili obecnej - placki ziemniaczane.
Tę potrawę podaje się zarówno na ostro, jak i na słodko. Uwielbiam i wersję mojego Taty - z sosem pieczarkowym, i mojej Mamy - pikantne placki z domową galaretką porzeczkową, i tę restauracyjną, "wykwintną", z wędzonym łososiem i kwaśną śmietaną. W Niemczech próbowałam placków z musem jabłkowym i też mnie ten smak (choć dziwny "na ucho") zachwycił.

Przepis na moje placki tutaj.

Przyłącz się do akcji!

21 listopada 2010

30-day Food Challenge!


30-day Food Challenge!


dzień 1 - aktualnie ulubiona potrawa
dzień 2 - potrawa, której nie znosisz
dzień 3 - coś, co trzeba jeść szybko
dzień 4 - coś, co trzeba jeść powoli
dzień 5 - potrawa, która Ci kogoś przypomina
dzień 6 - smak, który przenosi w inne miejsce
dzień 7 - coś, co wszyscy wydają się lubić
dzień 8 - co możesz przygotować z zamkniętymi oczami?
dzień 9 - coś, co można podarować jako prezent
dzień 10 - ulubiony "comfort food"
dzień 11 - potrawa z ulubionej książki kucharskiej
dzień 12 - przepis z ulubionego bloga kulinarnego
dzień 13 - jedzenie, które jest grzechem (ale jakże przyjemnym)
dzień 14 - coś, czego nigdy nie spodziewał(a)byś się polubić
dzień 15 - kiedyś znienawidzone, dziś ulubione
dzień 16 - kiedyś ulubione, dziś znienawidzone
dzień 17 - coś, co jesz bardzo często
dzień 18 - coś, czego nigdy nie jadasz
dzień 19 - potrawa, którą jesz rękami
dzień 20 - kulinarne wspomnienie z dzieciństwa
dzień 21 - potrawa, której chciał(a)byś spróbować
dzień 22 - coś, co jesz, kiedy chorujesz
dzień 23 - romantyczne jedzenie dla dwojga
dzień 24 - najbardziej nieestetyczna potrawa
dzień 25 - ulubiona potrawa świąteczna
dzień 26 - jedzenie z piosenki
dzień 27 - jedzenie filmowe
dzień 28 - coś pysznego i jednocześnie zdrowego
dzień 29 - coś zbyt skomplikowanego, by próbować to przygotować
dzień 30 - potrawa, która jest taka jak Ty

Udało Ci się skończyć 30-day Food Challenge?
Pochwal się tym!

Smutna prawda


Smutna prawda

Z dywagacji lokalowych.
- Ech, gdybym mieszkał sam, to nie byłoby tu tej twojej witrynki... - wskazał On na nasz "barek".
- No, nie byłoby. I co wtedy?
- Wtedy miałbym gdzie postawić nowy piec!
- Genialny koncept. Ale gdzie byś trzymał ten cały alkohol, gdybyś mieszkał sam i nie byłoby tu tej mojej witrynki?
- Żaden problem. Wtedy bym wszystko wypijał od razu.

20 listopada 2010

Eufemistycznie


Eufemistycznie

- Niestety, mam strasznie dużą głowę - westchnął On.
- Ależ skąd, kochanie. Masz po prostu głowę intelektualisty...
- Dziękuję ci za te miłe słowa, ale to znaczy niestety tylko tyle, że mam wielki łeb!

19 listopada 2010

Sublimacja


Sublimacja

- Śniła ci się kiedyś szafa? - zagadnęłam Go.
- Nie, nigdy.
- Właściwie to nie powinna ci się śnić szafa, bo szafa jest duża, a ty nie lubisz dużych kobiet...
- Masz mnie. Śniły mi się pudełka od zapałek.

15 listopada 2010

O podejściu


O podejściu

Wysyłając moje wypieszczone CV i starannie zredagowany "pod ogłoszenie" list motywacyjny nigdy nie liczę na odpowiedź. Jak świat światem, przyjęło się, że na listy elektroniczne odpowiadać nie trzeba - a szkoda, bo przecież zajmuje to dosłownie kilka sekund, a na dodatek za jednym razem można "obsłużyć" kilkadziesiąt adresów (opcja UDW, przez wielu zapomniana).

Ostatnio dostałam oburzonego maila, że oni (firma) nie mają czasu odpowiadać indywidualnie na wszystkie zapytania podczas procesu rekrutacji! Moje pytanie, na co zatem poświęcają swoje roboczogodziny, przeznaczone wszak na wykonywanie powierzonych zadań, do których z pewnością mozna zaliczyć proces rekrutacji, pozostało bez odpowiedzi. Firma niewielka, adres dla przysyłających aplikacje ten sam, co dla "zwykłych" klientów - czyzby zasypywano ich tysiącami maili dziennie? Kilkadziesiąt wiadomości przeczytałby sześciolatek, a przyuczyć do kliknięcia "odpowiedz" i wklejenia automatycznego tekstu typu "prosimy o zadawanie pytań wyłącznie przez telefon" mozna by nauczyć nawet małpę.

Ale firmy dzielą się na takie, które zatrudniają, i takie, które muszą, k..., kogoś zatrudnić.
W tych pierwszych potencjalny pracownik jest siłą napędową, a po zatrudnieniu nie tylko czerpie zyski, ale i je generuje. W tych drugich - złem koniecznym, podstępną hieną, która bezczelnie wymaga legalnego zatrudnienia i godziwej stawki, a na dodatek śmie wymagać odpowiedzi na pytania.

I po raz kolejny rozmiar nie ma znaczenia. Mała firma też może rekrutować mądrze i z szacunkiem. To kwestia podejścia.

14 listopada 2010

Pogoda dla bogaczy


Pogoda dla bogaczy

- Wiesz, szedłem dzisiaj przez Planty... I było tak pięknie, i tak mi ciebie brakowało... - zwierzył się On.
- Ojej... Jak słodko, brakowało ci mnie? - rozczuliłam się. W 10 roku nagle odkryłam, że chłop mój jest romantyczny.
- Uhm. Gdybyś była ze mną, to byłby ktoś, kto niósłby zakupy.

13 listopada 2010

Saga


Saga

- W ramach oszczędności postanowiłem pić Sagę.
- To ja poproszę w ramach oszczędności wodę. Bez herbaty.
- O, wodę też mogę pić!

12 listopada 2010

Śniadanko


Śniadanko

- Śniadanko?
- Uhm - jęczę zbolała.
- Suchy chleb i ciepła woda?
- Jesteś taki dobry... Podgrzejesz mi wodę...

11 listopada 2010

Noga w drugim pokoju


Noga w drugim pokoju

- Au! Usiadłeś mi na nodze!
- To twoja wina! Kto trzyma nogę w tym miejscu?!
- Jak nie wstaniesz, to odpadnie i będę ją mogła trzymać nawet w sąsiednim pokoju.

10 listopada 2010

Poezye


Poezye

- Mogę już zabrać zeszyt?
- Możesz.
- A co pisałaś? Poezje?
- Wręcz przeciwnie, prozę.
- Jasne, jasne - nie dał wiary On. (Kiedyś pisałam wiersze.)
- No dobra, powiem ci prawdę. Spisywałam objawienie, jakiego doznałam, kiedy miałam gorączkę.

9 listopada 2010

Ozdrowienie


Ozdrowienie

Leżę w łóżku z grypą. (Grypa była powodem przerwy w pisaniu, ale już się poprawiam.)
On mnie obsługuje.

- A możesz jeszcze... zamknąć... to?
- Co?
- No, TO! - macham nieskoordynowanie ręką w stronę okna, które w gorączce wydaje mi się powyginane jak zegary u Dalego.
- Nie wkurzaj mnie! Bo uznam, że jesteś zdrowa! I do roboty zagonię!

7 listopada 2010

Posprzątane!


Posprzątane!

- Ja będę smażył naleśniki, bo inaczej mi zabrudzisz kuchnię, którą wczoraj tak ładnie wyczyściłem!
- Aha. OK.
- No.
- Ale tu stoi brudny czajnik.
- Czajnika nie wyczyściłem! Jeszcze taki popieprzony nie jestem, żeby czajnik też myć.

6 listopada 2010

PMS


PMS

- Nie wkurzaj mnie, mam PMS! - wydarłam się na Niego.
- To ty mnie nie wkurzaj. Ja też mam PMS! - mruknął On.
- Nie możesz mieć jednocześnie ze mną! - obraziłam się.
- Nie wiesz, że cykle się synchronizują?

"Pecker"


"Pecker"

- Kochanie, co to znaczy pecker? - zagadnęłam Go. (Owszem, mam słownik, nawet kilka, ale On jest łatwiejszy w obsłudze.)
- Taki... no... taki fiut - wyjaśnił On nieco zawstydzony.
- Aha. A jaki?

Jabłka na szarlotkę


Jabłka na szarlotkę

Jego Siostra wzięła z domu dwa słoiki miodu - ale okazało się, że zaszła pomyłka i w jednym słoiku były jednak jabłka. On zabrał ten słoik ze sobą do Krakowa i powiadomił mnie z radością, że będę mogła zrobić szarlotkę.

- To wygląda jak kiszona kapusta! - rzuciłam obejrzawszy dokładniej słoik, kiedy już ciasto na szarlotkę było gotowe.
- Niemożliwe! - oznajmił Kuzyn. - Ejże, faktycznie! Wygląda jak kiszona kapusta!
- Kochanie, to wygląda jak kiszona kapusta - powtórzyłam jak mantrę. - Jesteś pewien, że to jabłka?
- Na pewno jabłka! Ale faktycznie wygląda jak kiszona kapusta! - On obejrzał dokładnie słoik.

Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, wpatrując się w jabłka podejrzanie przypominające kiszoną kapustę...
Klok! - On otworzył słoik.
- To faktycznie JEST kiszona kapusta - westchnął ciężko, powąchawszy zawartość.

5 listopada 2010

Lubię to!


Lubię to!

- Uwielbiam tę miotełkę! - zwierzyłam Mu się, odkurzając książki na regale. - Gdyby była na Facebooku, na pewno bym przy niej kliknęła "lubię to!".

Proponuję zabawę: Top 5 rzeczy w Waszym domu, które byście polubili, gdyby były na Facebooku.

Moja lista:
1. Poduszka ergonomiczna.
2. Szmatki z mikrofibry.
3. Prowadnice teleskopowe w piekarniku.
4. Elektrostatyczna miotełka do kurzu.
5. Maszyna do chleba (jeszcze nie mam, ale wiem, że pokocham).

Wino


Wino

- Pijemy wino?
- My piwo - oznajmił On w imieniu swoim i Kuzyna.
- Aha. A ja wino? To jak pójdziecie na koncert, to będę mogła wytrąbić całą butelkę?
- Nieee. Nie dasz rady.
- Nie drażnij lwa...

4 listopada 2010

Ignorancja medyczna


Ignorancja medyczna

Stańczyk udowodnił już dawno, że wśród Polaków najwięcej jest lekarzy. Ta anegdota jest tak znana, że nie będę jej tu przytaczać - a prawdziwa. W sieci roi się od forów medycznych, a lekarze często narzekają, że pacjenci próbują obalać ich teorie i diagnozy korzystając z wiedzy z internetu i czasopism. Statystyki ujawniają, że leczymy się najczęściej sami i że nadużywamy leków bez recepty.

Dziś usłyszałam w programie telewizyjnym "straszną" informację, że nożyczki i szczotki w salonach fryzjerskich nie są dezynfekowane po każdym kliencie - a przecież "klient może mieć problem z łuszczycą!". Współczuję rzeszom łuszczyków po tym programie (a stanowią oni ok. 4% populacji!), bo po raz kolejny ich choroba została przedstawiona gorzej chyba niż średniowieczny kołtun. Pani "ekspertka" w telewizji nie zadała sobie trudu, żeby mówić do rzeczy: bo łuszczyca NIE JEST ZAKAŹNA. (Ba, sama od lat chodzę do fryzjerki, która ma łuszczycę.)

Warto czasem filtrować informacje znalezione w sieci, bo to miejsce jest jak wspólna lodówka w akademiku: każdy może do niej włożyć co zechce, a potem nie ma komu się przyznać do pleśniowego potwora z garnka. A przecież zdrowie to najcenniejsza rzecz, jaką mamy. Nikt nie oddałby drogiego samochodu w ręce dyletanta, więc dlaczego słuchamy rad osób, które o medycynie nie mają pojęcia? Dlaczego telewizja śniadaniowa i opinie samozwańczych "ekspertów" są dla nas ważniejsze niż dyplom lekarza medycyny?

Pascal


Pascal

Z blogu Krytyka dowiedziałam się, że Pascal Brodnicki reklamuje chipsy...

- Ja wiem, że ten jego program się skończył, bo się formuła wyczerpała, ale mógłby przynajmniej nie wciskać kitu o odchodzeniu od komercji. Taki tekst źle wygląda w CV obok reklamowania chipsów - wykładam Mu.
- Jak to się formuła wyczerpała?
- Bo jak na początku on mówił "dwóch jajków", to było zabawne, ale po pięciu latach przestało być autentyczne.
- Aha. I na stronie też było "dwóch jajków"?
- Właśnie nie. Na stronie wszystko było literacką polszczyzną. Słabe. Mogli wykorzystać tę jego manierę i napisać "dwóch jajków" na stronie.
- Mogłoby na wejściu wyskakiwać takie okienko: "Podaj swoją płeć. A. Dwóch jajków, B. Dwóch cycków" - wymyślił On.

Dzień Babci


Dzień Babci

- O, to już mam prezent urodzinowy dla Mamy - wpadła na pomysł Siostra.
- Świetnie, tylko trochę późno - zwróciłam jej uwagę. (Mama ma urodziny w marcu.)
- To jeszcze święta są po drodze... - zastanowiła się Siostra.
- ...a jak się dobrze zakrzątniesz, to zdążysz jeszcze odfajkować maminy Dzień Babci!

Pingwin


Pingwin

Mam podgrzewacze do rąk: jeden w kształcie pingwina, drugi w kształcie sowy.
Po użyciu podgrzewacz należy wygotować, żeby dało się go uruchomić kolejny raz.

- Co gotujesz? - zajrzał do garnka zaciekawiony On.
- Zupę. Rosół drobiowy - uśmiechnęłam się niewinnie.
- Kochanie, wiem, że jesteśmy biedni... Ale czy aż tak? - On ogarnął sceptycznym spojrzeniem pływającą w garnku ścierkę kuchenną i wystające spomiędzy jej fałd łapki "drobiu".
- To rosół z dzikiego drobiu. Z sowy i pingwina.

- I co, wygotowałaś, a pingwin dalej jest zrypany...
- Nie przejmuj się, on się zrypał już dawno.

3 listopada 2010

Sernik z pomarańczami


Sernik z pomarańczami

Ten sernik poza kolorem nie ma nic wspólnego z dyniami. Jest mocno pomarańczowy, nieco gorzkawy i bardzo kremowy. Nie sposób go nie pokochać! Reakcja mojej rodziny i znajomych brzmiała: "czemu tak mało?!". Upiekłam go z okazji Halloween w ramach próby generalnej przed Gwiazdką - bo u nas w rodzinie sernik je się na każde święta. Oryginalny przepis pochodzi z książki "Ciasta pikantne i słodkie" Michela Roux. Wszelkie zmiany w stosunku do oryginału pochodzą ode mnie.




Sernik pomarańczowy
Proporcje na wysoką formę do tart o średnicy ok. 24 cm i wysokości ok. 4 cm.

SPÓD
125 g mąki tortowej
100 g chłodnego masła
50 g cukru pudru
1 żółtko
szczypta soli

Mąkę i cukier przesiać przez sito. Usypać górkę, zrobić wgłębienie.
We wgłębienie włożyć masło i sól.
Czubkami palców wyrabiać ciasto. Ugniatać delikatnie, aż będzie gładkie.
Z ciasta rozwałkować koło o grubości ok. 3 mm.
Wylepić formę, wstawić do lodówki na co najmniej 20 minut.

Ponakłuwać ciasto widelcem.
Na ciasto wyłożyć pergamin i obciążyć pergamin suchą fasolą lub grochem (ok. 0,5 kg).
W piekarniku nagrzanym do 170 stopni podpiec spód przez 30 minut.
Usunąć papier, podpiec jeszcze przez 5 minut.


MASA SEROWA
3 duże pomarańcze
350 g serka kremowego
350 g zmielonego białego sera
150 g kwaśnej śmietany (ok. 100 ml)
175 g drobnego cukru
4 jajka

+ marmolada pomarańczowa

Pomarańcze wyszorować, sparzyć. Zetrzeć z nich skórkę na drobnej tarce, wycisnąć sok (uwaga na pestki!).
Oba sery wymieszać ze śmietaną i cukrem.
Jajka ubić na puszystą masę.
Połączyć ubite jajka z masą serową, dodać skórkę z pomarańczy i sok.
(Masa jest bardzo rzadka!)

Wlać nadzienie do formy z ciasta.
Piec przez ok. 70 minut w piekarniku nagrzanym do 150 stopni.
Polecam pieczenie z termoobiegiem i w kąpieli wodnej.
Po upieczeniu zostawić do ostygnięcia w piekarniku.

Przed podaniem sernik schłodzić w lodówce i posmarować marmoladą pomarańczową.