31 grudnia 2011

Jak świętować Sylwestra?


Coś z niczego

Byliśmy w sklepie na I, żeby kupić m.in. nową dużą doniczkę na jedną z naszych roślin. Jemu na etapie robienia listy zakupów wyskoczył wąż z kieszeni, więc kupiliśmy plastikowy kosz na śmieci i melaminowy talerz, który będzie pełnić rolę podkładki.

- I jak to wygląda? - On postawił kosz na podkładce.
- Bardzo dobrze! - zapewniłam Go.
- Wygląda jak kosz na śmieci stojący na talerzu...
- Niepokoić się powinieneś, gdyby kosz na śmieci stojący na talerzu wyglądał na przykład jak statek Enterprise. Albo jak surykatka.

30 grudnia 2011

Szlachta

- Najgorsze w autobusach w lecie są te WŁOCHARY!
- Co takiego? - zatroskał się On.
- Zakrzaczone męskie pachy.
- Tylko nie zakrzaczone!
- A jakie?
- To jest szlachetne owłosienie!

Drożdżowe choinki z makiem

U mnie w domu na Wigilii musi być słodka bułka - w odróżnieniu od zwykłego obiadu, gdzie do ryby jemy ryż czy ziemniaki, świąteczna jest chałka albo po prostu drożdżowe bułeczki. Te dodatkowo mają uroczy kształt, który wbrew pozorom bardzo łatwo uzyskać. Okres bożonarodzeniowy już za nami, ale z tego przepisu można zrobić również zwyczajne drożdżowe bułeczki. Albo poczekać do następnego grudnia... Przepis z blogu Moje Wypieki, zmodyfikowany przeze mnie z wersji słodkiej na słoną.


Drożdżowe choinki z makiem
przepis na 6 sztuk

40 g masła
300 g mąki pszennej
150 ml mleka
14 g drożdży
1 łyżka soli
1/2 łyżeczki cukru
2 białka
kilka łyżek maku* do posypania 

* Zamiast maku można użyć sezamu, ziarenek słonecznika lub gruboziarnistej soli.

1. Roztopić masło i odstawić do ostudzenia.
2. Zrobić rozczyn - cukier wymieszać z drożdżami, łyżką mąki i łyżką ciepłego mleka.
3. Pozostałą mąkę wymieszać z solą, dodać 1 jajko, resztę mleka i przestudzone masło. 
4. Po kilku minutach wlać rozczyn i dokładnie wyrobić.
5. Przykryć i odstawić w ciepłe miejsce, żeby wyrosło. 
6. Po ok. 90 minutach (ciasto powinno w tym czasie podwoić objętość) chwilę wyrobić.
7. Rozwałkować na duże koło o grubości 2-3 cm.
8. Koło pokroić jak pizzę, na 6 trójkątów. Każdy trójkąt ponacinać po bokach i spłaszczyć każdą palcami, tworząc spiczaste "gałązki" choinki.
9. Przykryć ściereczką i odstawić na 20 minut. W tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 stopni.
10. Smarować choinki rozmąconym jajkiem i posypywać makiem. Piec przez ok. 15 minut. Jeść najlepiej tego samego dnia.

Pomyłka freudowska

- Gdzie była ta reklama, którą ostatnio oglądaliśmy? - spytała E.
- Na blogu tej agencji, która się nazywa jakoś... A, Poronieni.
- PORONIENI?! - zdumiała się E.
- Nie, nie Poronieni, tylko Płodni, przepraszam.

29 grudnia 2011

Placki ziemniaczane (dzień 1 w 30 DFC)

Jak już pisałam tutaj przeszło rok temu, uwielbiam placki ziemniaczane. Najbardziej te nieduże, złociste i chrupiące. Żeby placki takie były, najlepiej użyć odmiany ziemniaków zawierającej dużo skrobi, a niewiele wody, bardzo mączystej - np. Koral, Janka. Ostatecznie można z młodych ziemniaków, wtedy dodajemy o jedno jajko mniej, bo młode mają dużo wody. Wybieramy ziemniaki średniej wielkości (nieco mniejsze niż kobieca pięść, ważące ok. 100 g) i ścieramy je na cienkie wiórki, jak kokosowe, nie na papkę.

Lubię to danie, bo jest szybkie i uniwersalne - można je podać zarówno na co dzień, jak i na bardziej uroczysty posiłek, w formie przystawki. Ja zrobiłam wersję wykwintną (placki ziemniaczane z kwaśną śmietaną i płatkami wędzonego łososia), ale równie dobrze smakują:
- z sosem kurkowym i natką pietruszki, 
- z rozmarynem i musem jabłkowym, 
- z galaretką porzeczkową czy powidłami śliwkowymi, 
- z plastrami sera camembert i żurawiną,
- ze szczypiorkiem, popite kefirem. 
Celowo nie wspominam o wersji z cukrem, bo to chyba klasyka w większości polskich domów. Moich propozycji warto spróbować!


Placki ziemniaczane
porcja dla 2 osób

500 g mączystych ziemniaków
5 czubatych łyżek mąki pszennej
2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
2 jajka
1 cebula
3 ząbki czosnku
sól i pieprz
klarowane masło lub inny tłuszcz do smażenia

1. Ziemniaki obieramy, płuczemy i ścieramy na tarce na cienkie wiórki.
2. Na tej samej tarce trzemy obraną cebulę i obrane ząbki czosnku.
3. Jajka sparzamy, dodajemy do masy ziemniaczano-cebulowo-czosnkowej.
4. Dosypujemy obie mąki, dokładnie mieszamy, żeby nie było grudek.
5. Dodajemy sól i pieprz, do smaku. (Jeśli nie macie wyczucia, możecie spróbować odrobiny masy - dlatego jajka trzeba było sparzyć. W takich ilościach surowe ziemniaki nie są szkodliwe.)
6. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz. Warstwa tłuszczu powinna być gruba na ok. 0,5 cm.
7. Nabieramy masę na łyżkę i kładziemy na rozgrzany tłuszcz. Smażymy z obu stron, aż będą złote - trzeba pilnować!
8. Placki podajemy na ciepło, z czym kto lubi.

Desdemona

- Jak ona ma na imię? Jakoś tak krótko - zastanawia się Siostra.
- Chyba Ania. 
- A nie Asia?
- Chyba nie... Asia to Joanna, a to już nie krótko. A może Ola?
- Ola? Nie wiem, chyba nie...
- Nazwaliby dziecko Desdemona albo Eufrozyna i wszystko byłoby jasne!

Post nieco bardziej żartobliwy niż zwykle, bo nie mam nic do popularnych imion - to jak z ubieraniem się na różowo, sama tego nie robię, ale nie przeszkadzają mi upodobania innych wyrażane w ten sposób. Pozdrawiam wszystkie Anie, Asie i Ole, w szczególności te, które znam i lubię!

28 grudnia 2011

Dwunastu apostrofów

Wpis z dedykacją dla Olivki, która, jak pisała tutaj, uwielbia tę kategorię. 

Hurtownia znaków przestankowych

Niektórzy piszący w internecie zachowują się tak, jakby kupili hurtową ilość apostrofów z krótkim terminem przydatności do spożycia i koniecznie musieli zużyć wszystkie jak najprędzej. Moja tolerancja jest duża, jeśli chodzi o apostrofowe "kwiatki" na forach czy w serwisach społecznościowych. Wiadomo, zdarza się. Ale kiedy widzę niekompetencję dziennikarzy (tradycyjnych i internetowych, to opadają mi ręce, cycki, szczęka i nawet włosy wydają się jakieś przyklepane. 

Przed i po korekcie

Tradycyjny dziennikarz ma zwykle korektora do pomocy, ale do internetu wrzuca się wersję przed poprawkami korektora. Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji, a że wszczepiono mi w okresie prenatalnym płytkę ze słownikiem języka polskiego do mózgu (od momentu wszczepienia skorodowała, to dlatego nie wiem wszystkiego...), to odczuwam tego typu potknięcia językowe jak osoby muzykalne fałszywą nutę w melodii. I doprawdy, BOLI mnie, kiedy widzę tę manię odmieniania absolutnie wszystkiego z użyciem apostrofu (zamiennie z myślnikiem). Jak poniżej.

Autentyczne screeny z błędami w internecie
 Apostrof, żeby było wiadomo, jak jest w mianowniku

Tak ktoś kiedyś argumentował odmianę imion w grze - imiona były wymyślone, więc jakby obce, apostrof musiał być. Wiem, że język polski ma skomplikowaną gramatykę, ale kiedy piszemy, że impreza jest u Adama, każdy jest w stanie się domyślić, że organizatorem jest Adam. Idąc tym tropem można dojść do absurdu, w którym każdy rzeczownik będziemy pisać w mianowniku, dodając końcówkę po apostrofie. Po co? Może żeby bardziej rozleniwić mózgi odbiorców? Przecież wiadomo, że większość społeczeństwa nie czyta tekstów dłuższych niż 500 znaków. 

Kiedy odmieniać z apostrofem?

W skrócie:
* Jeśli wymawiamy ostatnią literę, nie dajemy apostrofu. Taki rzeczownik odmienia się dokładnie tak samo jak polskie tego typu słowa.

strona na Facebooku (nie: na Facebook'u), tak jak na bruku
film z Nicholasem  (nie: z Nicholas'em), tak jak z dryblasem
książka o Disneyu (nie: o Disney'u), tak jak o czarodzieju
restauracja bez fast foodu (nie: bez fast food'u), tak jak bez trudu
łzy dla Kim Ir Sena (nie: dla Kim Ir Sen'a), jak dla Supermena

* Jeśli wyraz kończy się na głoskę niemą, odmieniamy z apostrofem - wtedy i tylko wtedy używamy apostrofu w języku polskim! Ta zasada tyczy się również głosem wymawianych w mianowniku, a zanikających w odmianie, np. Harry, o Harrym, ale bez Harry'ego, Exupéry, z Exupérym, ale Exupéry'ego.

kramik z handmade'em
konkurs na fanpage'u
szef Apple'a
produkt Renaulta (ale mówi się: produkt Reno, więc można też pozostawić nazwę nieodmienioną)
forma na cupcake'i
ściągnij na pendrive'a (ale wtedy plik będzie na pendrivie!)

Myślnik czy apostrof?

Odmiana z myślnikiem = odmiana skrótów i skrótowców. Wyłącznie.

wyślę mu SMS-a (nie: SMS'a, ale esemesa)
jadę PKS-em (nie: PKS'em, ale pekaesem)
jak to było w PRL-u (albo w PRL, bez odmiany)
strona w HTML-u (albo w HTML, bez odmiany)

właściciel EMPiK-u (nie: w EMPiK'u, ale w Empiku)

EMPiK to akronim od nazwy "Klub Międzynarodowej Prasy i Książki", ale obecnie stosuje się - nawet na oficjalnej stronie - pisownię Empik, która jest zwyczajną nazwą własną, odmieniana jak sklepik: w Empiku, w sklepiku, przed Empikiem, przed sklepikiem. Ta sama zasada tyczy się sieci IKEA - źródłowo to akronim, zakończony na -a, więc nieodmienny, ale używa się też słowa Ikea, odmienianego jak idea - z idei, z Ikei, do idei, do Ikei.

W razie problemów czy dylematów...

...najbezpieczniej jest przy braku pewności po prostu pozostawić "podejrzane" słowo nieodmienione. I poprzedzić je polskim słowem, co do którego odmiany nie mamy wątpliwości, np: na portalu Facebook, aktor o imieniu Nicholas, rysownik znany jako Disney, potrawy typu fast food, szef firmy Apple, babeczki zwane cupcakes. Tak jest najprościej!

27 grudnia 2011

Lekcja geografii

- Ta Praga Północ to jest ta lepsza czy ta gorsza? - spytała Mama Siostrę, mieszkankę stolicy.
- Ja nigdy nie wiem! Zawsze mi się myli.
- Północ to jest ta gorsza - wtrąciłam ze znawstwem.
- A ty skąd wiesz? - zdumiały się obie.
- Bo Korea Północna też!

24 grudnia 2011

Dziwne pytania

Ranking z ostatniego tygodnia.

1. "Trzymacie tam kaczkę?" (M. w pracy, słysząc mój dzwonek SMS-a)

2. "Ma ktoś paszport Polsatu?" (K. w pracy)

3. "Przepraszam, czy ta czapka jest prawdziwa?" (dziewczynka na przystanku do mnie)

Tym postem żegnam się z Wami przed świętami. 
Wiecie, że wszystkim dobrze życzę, więc: do przeczytania!

23 grudnia 2011

Hej, kolęda!

Jak już pisałam, nasze biuro mieści się w centrum. W zwyczajnym budynku z mieszkaniami, dlatego dzisiaj przyszedł młody chłopak (ministrant?), żeby spytać, czy wpuścimy księdza po kolędzie.

- Był u was ksiądz?! - zawołał W., wpadając do biura.
- Był. 
- I nie wpuściliście?! - zdumiał się. - Dlaczego?
- Bo gdyby wszedł, to by od razu spytał: GDZIE JEST KRZYŻ?!


W cyrku

- Myślę, że nadaję się do cyrku - oznajmiam, wyjąwszy z piekarnika blachę prawą ręką, chwytając jednocześnie lewą ręką łopatkę leżącą po prawej stronie blachy.
- Świetnie się nadajesz! Mogłabyś poskramiać niedźwiedzie! - On spojrzał znacząco na misiowe pierniczki stygnące na pobliskiej kratce.

22 grudnia 2011

Wycieczki do kuchni

Upiekłam melt-a-ways, z podwójnej porcji.

- Ładnie pachnie - mruknął On, zmierzając w stronę kuchni i mijając mnie siedzącą przy stole jadalnym.
- No pewnie, że ładnie. Pachnie tak, jak mi zmieliłeś goździki! 
- Mhm - mruknął On, wracając z kuchni.
- W ogóle muszę częściej piec te ciastka...
- Żdeczydowanje! - potwierdził On, znów zawracając w stronę kuchni.
- Kochanie... - zaczęłam, bo zaczęło się we mnie lęgnąć podejrzenie.
- Czo takjego? Czyszby ińtereszowauo cze, czemu tak czongle żaglondam dżo kuszni? - niewinnym tonem spytał On, przeżuwając kolejnego melt-a-waya.

Pizza na dowóz

Nasze biuro mieści się w centrum miasta. To dotychczas miało same zalety... Zamawialiśmy już jedzenie z resto baru gallery, kilku barów, pizzerii, od Greka, nawet od jednego Azjaty. Tylko raz był problem z dostawą, bo źle zapisali ulicę. Ale dzisiaj...

Dzwonię do Pizzerii 1, podaję adres.
- Niestety, tam nie dowozimy.
- Ale dlaczego?!
- Bo to jest centrum, tam są korki, nie opłaca nam się to.

Dzwonię do Pizzerii 2, podaję adres: Żeromskiego*.
- Żero... Żeromskiego... Nie mam takiej ulicy na liście.
- Przecież to jest w centrum...
- No naprawdę nie ma, R... Rz... Rzer...
- To się pisze przez Ż.
- A! To jest. Ale tam nie dowozimy. Niech pani zadzwoni na Starowiślaną.

Dzwonię do Pizzerii 3, na Starowiślną (nie wiślaną). Podaję adres.
- Żeromskiego... Nie ma takiej.
- Proszę pana. To jest W CENTRUM. Stefana Żeromskiego.
- A, Stefana... To jest.

* Nazwa ulicy została zmieniona.

21 grudnia 2011

Polskie kolędy

On śpiewa o Rudolfie z czerwonym nosem.

- Weźże przestań! - denerwuję się, zagniatając masę na melt-a-ways.
- No co, fajna piosenka!
- Wcale nie. O jakichś reniferach, frywolne piosenki. Nie to co nasze kolędy, opowiadające o mękach porodu w stajni i trudach niemowlęctwa w żłobie...

20 grudnia 2011

A to feler...

Piekąc pierniczki zrobiłam też takie w kształcie misiów dla moich koleżanek i kolegów z pracy.

- I co, zrobisz misiowe dziewczynki dla dziewczyn i misiowych chłopczyków dla chłopców?
- Uhm - potwierdziłam, skupiona na rysowaniu lukrowej falbanki przy misiowej spódniczce.
- A masz w pracy kogoś, kto ma jedną nogę krótszą od drugiej..?

19 grudnia 2011

Bulion na kostce czy z kostki?

Pewnie wsadzę tym tekstem kij w mrowisko, ale naprawdę muszę to z siebie wyrzucić. Przeczytałam ostatnio tekst o kostkach rosołowych i to mnie popchnęło do napisania kilku słów na ten temat. Bo jak się mają takie buliony do reguł Slow Food? Większość z Was powie pewnie, że nijak. 

Co jest w kostce rosołowej?

Te produkty popularnych firm zawierają przede wszystkim sól, następnie tłuszcz, przyprawy, zioła, ekstrakty z warzyw i niewielkie ilości suszonych warzyw, ekstrakt z mięsa i kości, wzmacniacz smaku w postaci glutaminianu sodu. Nadmiar soli w diecie nie jest zdrowy, ale gotując zupę też dodajemy soli, i to w podobnej ilości. Pozostałe składniki w takich ilościach nie szkodzą, i chociaż niektóre wyprodukowano w laboratorium, nie są "sztuczne". Może poza tym ostatnim, który co prawda pochodzi od całkowicie naturalnego związku chemicznego, znajdującego się praktycznie we wszystkich białkach (w tym w mleku kobiecym!), ale tworzony jest syntetycznie i opinie co do jego wpływu na nasz organizm są bardzo podzielone.

A ekologiczne kostki?

Kosztują co prawda czterokrotnie więcej, ale przecież powinny być zdrowe! Ale, o dziwo, w składzie wszystko tak samo, poza glutaminianem sodu, który jednak ukrywa się pod nazwą ekstraktu drożdżowego. Zwykle mają też tłuszcz palmowy (to, że pochodzi z ekologicznych upraw nie sprawia wcale, że jest zdrowszy). Krótko mówiąc, za wyższą cenę dostajemy to samo, tylko nieco mniej słone i na eko-warzywach.

Domowy bulion - zdrowy?

Najbardziej slowfoodowo byłoby ugotować własny bulion i zamrozić go na dłużej. Tylko co będzie zawierał gotowy wywar? Dokładnie to samo, co kostki: ekstrakty z warzyw i mięsa, sól, tłuszcz i przyprawy. I tylko bez dodatku glutaminianu (co nie znaczy, że bez zawartości). Co prawda mamy wpływ na proporcje tych składników, za to musimy pilnować garnka przez pół dnia. W gotowym produkcie płynnym nie ma ani warzyw, ani mięsa, bo je wygotowujemy. Nie ma się co bulwersować, na tym to polega. Nikt nie sięga po rosół, jeśli chce wykorzystać dobroczynne właściwości marchewki.

Złoty środek

W gotowaniu esencjonalnego, obłędnie pachnącego rosołu mistrzem świata jest mój tata. Nastawia go rano i co jakiś czas przychodzi z pracy, żeby sprawdzić, co tam słuchać i czuć w garnku. Ale tata pracuje pod domem (i to dosłownie), więc ma taką możliwość. Ja mam pracę 7 km od mieszkania, na co dzień muszę zrobić obiadokolację jak najszybciej.

Staram się przygotowywać własny tak często, jak tylko mogę, mimo że nie mam dostępu do eko-warzyw z własnej działki ani do wiejskich kur. Ale w mojej kuchni są też kostki, bo uznaję je za wystarczająco dobry substytut długo gotowanego bulionu. Nie uznaję używania uniwersalnych przypraw zamiast ziół, bo mają za dużo syntetycznych dodatków. Ale kluczem do zdrowego odżywiania jest rozsądek, zwłaszcza przy czytaniu etykiet. Nie ma co wpadać w panikę na widok każdego symbolu E, lepiej poświęcić ten czas szumowinom. Tym z powierzchni rosołu.

18 grudnia 2011

Pierniczki tygodniowe

Większość pierniczków potrzebuje kilku tygodni, żeby zmięknąć - tym wystarczy mniej niż tydzień. Jeśli się zagapiliście, będą w sam raz. Przepis stąd, z moimi modyfikacjami (m.in. nie dodaję kakao do pierniczków, bo lubię takie jasne, jeśli chcecie dodać, to 2 łyżki na te proporcje).


Pierniczki tygodniowe
przepis na dużą ilość

600 g mąki
200 g mąki pełnoziarnistej (najlepiej żytniej)
2 jajka
200 g masła, roztopionego
200 g cukru pudru
250 g miodu
2 łyżki przyprawy do piernika
2 łyżeczki sody oczyszczonej

1. Obie mąki, cukier, przyprawę do piernika i sodę wymieszać w misce.
2. Przestudzone masło wlać do miski, dodać miód i jajka. Wyrobić.
3. Ciasto wałkować niezbyt cienko (powinno mieć 3-5 mm) i wykrawać pierniczki.
4. Piec w 180 stopniach przez 8-10 minut. Studzić na kratce.
5. Można lukrować, polewać czekoladą, ozdabiać według gustu, ale pyszne są też bez niczego. Przechowywać w szczelnej puszce, można z kawałkiem jabłka, żeby przyspieszyć proces mięknięcia.



Polecam lukrowanie za pomocą woreczka cukierniczego z wąską metalową końcówką, lukrem białkowym (mieszamy surowe białko ze sparzonego jajka z cukrem pudrem, aby uzyskać konsystencję pasty do zębów) lub zaparzanym (do cukru pudru dodajemy odrobinę wrzątku i rozcieramy).

Głos za głosem

Dzwonię do Braciszka, on odbiera. Słyszę jego głos, głos mamy i siostry. Mówię do słuchawki, ale nikt mi nie odpowiada, dalej wszyscy gadają między sobą. Dzwonię drugi raz.

- No hej - odzywam się, niepewna, czy tym razem też ktoś mnie oleje.
- A, to ty - odpowiada Braciszek. - Sorry, że nie reagowałem, ale odebrałem kieszenią.

Altruizm

- Chciałem cię poinformować, że zjadłem twoje paluszki serowe - zechciał poinformować mnie On.
- Przecież mówiłeś, że są ohydne...
- Właśnie dlatego je zjadłem! Żebyś ty nie musiała!

17 grudnia 2011

Powód spóźnienia

Kot-chemik to znany, choć nieco hermetyczny mem internetowy. Okazuje się jednak, że dzięki mojemu Braciszkowi powstają nowe chemiczne żarty. Bo wczoraj Mama zadzwoniła do spóźniającego się Braciszka, który kończył szkołę 2 godziny wcześniej.

- Co ty robisz? - rzuciła Mama pytanie, głosem minimalnie zdenerwowanym.
- Miareczkuję - odparł Braciszek z kamiennym spokojem. - A co?

Przyda się

- Te spodnie już chyba wyrzucę.
- Dlaczego? - zdziwiłam się.
- Mają dziurę na tyłku.
- Oj, zostaw, może się przydadzą.
- Do czego? - wybałuszył oczy On.
- Jak Ci kiedyś wyrośnie ogon... Albo jak zrobię bigos.

Zima bez śniegu

Autobusem jedzie sześcioletnia dziewczynka, a razem z nią dorosły facet.

- Był u was Mikołaj? - pyta facet.
- Był!
- A śnieg był?
- Nie było - kręci głową mała.
- To jak przyjechał? - robi chytrą minę facet.
- Eeee... No, saniami... - odpowiada niepewnie dziewczynka.
- Sanie jeżdżą tylko po śniegu.
- Ale Mikołaj ma takie sanie z kółkami!

16 grudnia 2011

Zajęty

- Byłeś w aptece odebrać moje leki?
- Byłeś - mruknął ponuro On.
- No, o co chodzi?
- Bo zawsze jak odbieram Twoje leki, to tam są młode panie! I na mnie dziwnie patrzą!
- Nie dziwnie, z zainteresowaniem. Jako mężczyzna dbający o zdrowie swojej kobiety jesteś...
- ...zajęty - dokończył żałobnym tonem On i westchnął z głębi trzewi.

15 grudnia 2011

Krew nie woda

Siostra opowiada mi o tym, jak nasz Tata kupował kalendarze adwentowe w listopadzie.

- Tata wrzucił do koszyka trzy, a po chwili namysłu dołożył czwarty. Mama spytała, czemu czwarty, a Tata na to: "Przecież dla Niego!", jakby to było oczywiste. Mama pokiwała głową, ale przy kasie spytała, czemu nie kupił piątego dla D. [D. to chłopak Siostry]. 
- I co, i co?
- "Będzie pierścionek, będzie kalendarz!", tak powiedział. 

Przyssawki

- Wkurzają mnie ludzie, którzy ekspansywnie korzystają z rurek w autobusie.
- To znaczy? - zmarszczył brwi On.
- To znaczy tacy, którzy gdyby byli ośmiornicą, to trzymaliby się ośmioma mackami.
- No tak, to wkurza - zgodził się On.
- I ja potem stoję i wpadam na nich, bo czego mam się chwycić, sufitu? Nie wykształciłam jeszcze przyssawek..! - wyżaliłam się. - Ale może w wyniku ewolucji moje pra-pra-pra-pra-wnuki wykształcą, jako kończyny ułatwiające przetrwanie w dżungli zbiorkomu.

14 grudnia 2011

Jeziorko

Każdy z Was pewnie zna męki pracy twórczej - choćby ze szkoły, kiedy trzeba było napisać jakąś rozprawkę czy na lekcji plastyki namalować swoją wizję wakacyjnej przygody.

- Nie wiem, co jeszcze się kojarzy z Polską i jednocześnie nie jest banalne - wzdycha E., graficzka.
- Mam taki niebanalny pomysł! - zapalam się. - Weź zdjęcie Morskiego Oka i zamiast tafli wody wklej talerz.
- Jaki talerz? - dziwi się E.
- Z polskimi pierogami ruskimi! To na pewno będzie niebanalne. Jestem przekonana, że nikt wcześniej nie wpadł na tak idiotyczny pomysł.

Wysysanie

- Wiem, że to nie jest przyjemne, ale trwa tylko chwilę - nadal namawiam Go na badanie krwi.
- Chwilę..! Ty nie wiesz, jak ja się przez tę chwilę będę czuł! - dramatycznie jęczy On. 
- Ale pomyśl, że te panie, które tam pracują, wcale nie czują się lepiej...
- Naiwna jesteś. Przecież w takich miejscach pracują cholerne wampirzyce!

13 grudnia 2011

W tłoku

Zapchany autobus telepie się w kierunku centrum Krakowa.
Chłopak stojący obok mnie najspokojniej w świecie wyjmuje woreczek, z woreczka filtr i gilzę, a z kieszeni paczkę z tytoniem.

- Ty, w autobusie zwijasz? - pyta zaniepokojony kolega.
- Stary, w tym tłoku mógłbym skręcać blanty, nikt by nie zauważył...

12 grudnia 2011

"Walentynki"


Komedie romantyczne to specyficzny gatunek filmowy. Albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja uwielbiam, chociaż nie twierdzę, że to ambitne kino. Ot, bezrefleksyjna rozrywka - i w tej kategorii zdecydowanie wolę komedie romantyczne od tzw. kina akcji. 

"Walentynki" przypominają pod wieloma względami komedię romantyczną wszech czasów, czyli "Love Actually" - świetna obsada, wątek oparty na grupie ludzi na różne sposoby ze sobą powiązanych, miejscami zabawne dialogi i przyjemna muzyka. Ogląda się po prostu miło. I nie ma co oczekiwać głębi porównywalnej z Rowem Mariańskim.

Walentynki, USA 2010


11 grudnia 2011

Królowa Margherita

Przez lata nie mogłam wyrabiać ciasta drożdżowego z powodu alergii. Cierpiałam z tego powodu, bo uwielbiam i słodkie, i słone wypieki drożdżowe. Ale przyszedł ten wielki dzień, kiedy okazało się, że alergia poszła precz. Najbardziej lubimy pizzę jak we Włoszech, na cieniutkim cieście (więcej tutaj). Przy pieczeniu domowej pizzy nie trzeba się martwić temperaturą piekarnika - im wyższa, tym lepsza. Przepis zasłyszany w jakimś programie kulinarnym (niestety nie pamiętam nazwy), odtworzony metodą prób i błędów.


Pizza margherita
dla 2 osób, na cienkim spodzie

8 g drożdży
1/2 łyżeczki cukru
100 ml ciepłej wody
1 szklanka mąki + 1 czubata łyżka
1 łyżeczka oliwy z oliwek
1 łyżeczka soli

200 ml passaty pomidorowej
sól, pieprz
mozzarella lub inny łatwo topiący się ser
świeża bazylia

1. Drożdże włożyć do miseczki, wymieszać z cukrem i dodać trochę wody. Odstawić na ok. 10 minut.
2. Mąkę przesiać, w środku zrobić zagłębienie. Wlać do niego rozczyn i resztę wody. 
3. Dodać sól i dokładnie wyrobić. Pod koniec wyrabiania dodać oliwę.
4. Ciasto przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na ok. 1,5 godziny. 
5. Po tym czasie nastawić piekarnik na maksymalną temperaturę, ciasto krótko wyrobić i uformować placek na pizzę. 
6. Passatę doprawić i posmarować nią ciasto, niezbyt grubo.
7. Ser pokroić na plastry lub zetrzeć na tarce.
8. Blachę wysypać mąką, wyłożyć na nią placek, piec ok. 12 minut.
9. Wysunąć blachę, nałożyć ser i piec jeszcze ok. 3 minuty.

Ośrodek

- Myślę, że powinieneś iść razem ze mną na to badanie krwi, i też sobie zbadać.
- Nieee - jęczy On, aichmofob*. - Pooo cooo?
- Ostatnio badałeś krew przed maturą. Przynajmniej będziesz wiedział, że jesteś zdrowy - naciskam.
- Jestem zdrowy... Dowodem na to jest moja wredota.
- Myślę, że coś Ci rośnie w głowie i uciska na ośrodek bycia miłym, a ty się boisz, że badanie krwi potwierdzi moje przypuszczenia...

* Aichmofobia - lęk przed igłami. Jego nie ruszają w ogóle żadne krwawe sceny na ekranie, jeśli tylko zamiast igły jest nóż, miecz, siekiera, piła mechaniczna, kilof, łopata czy łyżeczka wydłubująca serce, za to wystarczy zbliżenie na strzykawkę i On ucieka.

Otrębowe śniadanie

Nie potrafię żyć bez śniadań, nawet w lecie muszę coś zjeść, inaczej robię się wredna. (Polak głodny, to zły, Polka głodna, to wredna, jak mówi stare urugwajskie przysłowie.) W domu załatwiam pierwszy posiłek szybko, dlatego ważne, żeby był maksymalnie sycący - stąd jogurt grecki lub bałkański, który zawiera więcej białka niż tradycyjne jogurty naturalne, i otręby, które "puchną" w brzuchu, dając uczucie sytości. Pomysł na tę mieszankę wzięłam od mojego Taty, który w lecie dodaje do tego jeszcze np. pokrojoną w kosteczkę gruszkę.


Otrębowe śniadanie

1 kubeczek jogurtu greckiego lub bałkańskiego (340 g)
łyżka powideł śliwkowych lub dowolnego dżemu
2 czubate łyżki otrąb owsianych lub żytnich
cukier (opcjonalnie)

1. Składniki mieszamy.
2. Całość... zjadamy!

A jeśli ten pomysł na śniadanie Ci nie odpowiada, tutaj znajdziesz inne.

10 grudnia 2011

Korzenne melt-a-ways

W wolnym tłumaczeniu melt-a-ways (lub meltaways) to coś, co rozpływa się w ustach. Tą nazwą obdarza się w Stanach m.in. wypieki z ciasta duńskiego, ale nie ono jedyne ma takie właściwości... 
Dobre dla osób, które nie mogą jeść jajek, idealnie nadają się na prezent. Upieczone można przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce lub słoiku do tygodnia. Gotowe ciasto nadaje się do użytku przez miesiąc od zamrożenia. Przepis od Marthy Stewart z jej biuletynu "Cookie of the day".


Korzenne melt-a-ways

200 g miękkiego masła
1/2 szklanki cukru pudru + 1/2 do obtoczenia ciastek
2 szklanki + jedna łyżka mąki pszennej
2 1/2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 1/2 łyżeczki zmielonego cynamonu
2 1/2 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
1/3 łyżeczki zmielonych goździków
60 ml rumu lub kilka kropel aromatu rumowego

1. Masło i 1/2 szklanki cukru pudru utrzeć mikserem na gładką, puszystą masę.
2. Nadal ucierając, dolewać rum po łyżeczce.
3. Mąkę wymieszać z mąką ziemniaczaną i przyprawami. (Goździki najlepiej zemleć w młynku do pieprzu albo kupić już mielone, gałkę zetrzeć na najdrobniejszej tarce.)
4. Dosypywać mąkę z przyprawami do masła z cukrem po trochę, dokładnie mieszając.
5. Ciasto podzielić na 3 części i uformować wałeczki (3-4 cm grubości). Owinąć je papierem do pieczenia lub folią (aluminiową albo do żywności) i umieścić w zamrażarce na co najmniej 60 minut.
6. Wałeczki wyjmować pojedynczo, kroić na plasterki (grubości 0,5 cm) i piec na papierze albo macie silikonowej przez ok. 12 minut w temperaturze 180 stopni. (Nie powinny się zrumienić.)
7. Studzić na kratce, następnie włożyć do dużej torby foliowej, zasypać cukrem pudrem (1/2 szklanki) i delikatnie potrząsać, żeby wszystkie ciastka były równomiernie obtoczone.

9 grudnia 2011

Wernisaż

Dwie nastoletnie hipsterki jadą autobusem.
- Ty, co to jest wernisaż? - pyta jedna drugą.
- Nie wiem, ale czekaj, sprawdzę - tamta wyjmuje swój jabłkowy telefon. - A co?
- Nic takiego, Tomas mnie zaprosił na jego wernisaż i nie wiem, jak się ubrać.

"Sucker Punch"

Bohaterkę filmu spotyka seria niefortunnych zdarzeń: umiera jej matka, chciwy wujaszek lubieżnym wzrokiem obserwuje młodszą siostrę, a wycelowany w jego głowę pistolet nieszczęśliwie trafia w żarówkę, rykoszetem zaś w siostrzyczkę. W efekcie tego pecha słodka blondynka trafia do szpitala psychiatrycznego, a że akcja dzieje się podobno w latach 50 XX w., to jest mrocznie i przerażająco. Tym gorzej, że w ciągu pięciu dni na bohaterce mają dokonać zabiegu lobotomii.

Dalszej akcji można się łatwo domyślić, jeśli kiedykolwiek grało się w jakąś grę komputerową: Baby Doll odkrywa w sobie nadprzyrodzoną moc, od przypadkowo napotkanego mędrca dostaje quest, zbiera drużynę, organizuje kilka wypraw, by zdobyć przedmioty niezbędne do ukończenia misji. I to te wyprawy są główną atrakcją, bo wszystko wygląda w nich jak w grze komputerowej - z tą różnicą, że dzieje się samo. Byłoby lepiej, gdyby nie pseudofilozoficzna narracja na początku i na końcu, chociaż może ten film jest dla nastolatek zaczytujących się w Coelho.

Dla wielbicieli lolitek, Vanessy Hudgens, gier komputerowych, steampunkowych hitlerowców i metaforyki rodem z "Matriksa". Czyli dla mnie! (Naprawdę lubię Vanessę. Jest śliczna, kiedy nie śpiewa.)

Sucker Punch, USA/Kanada 2011

8 grudnia 2011

Pytanie "co robi?"

Jest takie opowiadanie Czechowa "Końskie nazwisko" - traktuje o tym, że czasem próbujemy sobie przypomnieć jakieś słowo, niejasno pamiętając, że zaczyna się na jakąś literę albo kojarzy z czymś konkretnym. Zwykle niestety okazuje się, że to nie ta litera albo nie to skojarzenie. Na pewno czasem Wam się to zdarza, a mnie zdarzyło się wczoraj.

- Dziewczyny, jak się nazywa taki ktoś, kto pisze na forach?
- Spamer - podsunęła M.
- Troll? - zasugerowała E.
- Nie, taki, kto pisze posty, żeby był ruch na forum... Dobra, zapytam chłopców.
- Może moderator? - W. był dziarski i pełen pomysłów.
- Nie, on nie moderuje, tylko zadaje pytania... I tak dalej... 
- Community manager! - oznajmił K. z kamienną pewnością siebie.
- Tak, ale potrzebne mi, co on robi..!
- Ja ci powiem! - zapalił się Ch. - Chodzi do gimnazjum i pali pierwsze jointy!

Wróżba nie dla każdego

ja: (wiozę ciastka urodzinowe dla E. autobusem)
kanarek: (sprawdza bilety)
ja: Przepraszam, czy może pan potrzymać? Bo nie mam wolnej ręki, żeby wyjąć bilet.
kanarek: (bierze ode mnie pudełko) A co tam jest?
ja: A nie widać?
kanarek: No, przez karton nie widać.

***
pani na przystanku: Czy pani jest spod znaku Raka?
ja: E... No tak...
pani na przystanku: Od razu wiedziałam! Bo Raki są takie troskliwe! Torcik pani wiezie, co?

7 grudnia 2011

Oburzeni bez pracy

W tym roku kilkukrotnie w różnych krajach odbyły się manifestacje Oburzonych - ruchu obywatelskiego, złożonego z młodych ludzi przytłoczonych kiepską sytuacją na rynku pracy. Zaczęło się to w Hiszpanii, gdzie bezrobocie wśród osób do 30 roku życia sięga 40%, inne kraje jednak szybko podchwyciły tę formę protestu.

Jeśli czytacie mój blog regularnie, to wiecie, że od paru miesięcy mam pracę, którą naprawdę lubię. Wiecie też, że rzadko tu narzekam, a na bezrobocie zdarzyło mi się tylko raz (tutaj, i to nie bezpośrednio, a np. tutaj było o szukaniu pracy). Mimo że w Polsce nie jest wiele lepiej niż w Hiszpanii.

Jednak to, że o czymś nie piszę, nie oznacza, że tego nie przeżywam... Zdarzyły mi się okresy bezrobocia (nieformalnego, bo podczas studiów). Najdłuższy trwał dwa lata. Tę "odpowiednią" pracę, która daje mi satysfakcję i wykorzystuje moje naturalne talenty (i szlifuje je), która nie wymaga ode mnie wyrzeczenia się hobby i która satysfakcjonuje mnie finansowo, znalazłam pod koniec kwietnia tego roku. Robię to, co potrafię i lubię - piszę.

Dlaczego dopiero teraz?
Na to się złożyło kilka czynników: moje studia (rzadkie, humanistyczne w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, czyli wszechstronne, ale nie dające żadnych konkretnych umiejętności i zwykle budzące niewłaściwe skojarzenia), sposób szukania pracy (ogłoszenie w internecie jest dla pracodawców albo albo sygnałem dla konkurencji, że firma się rozwija, albo sposobem na znalezienie jelenia, albo ostatecznością, kiedy już wyczerpały się możliwości znalezienia pracownika pośród znajomych i wypróbowanych - i tylko w tym ostatnim przypadku jest sens coś wysyłać) oraz mój dorobek na rynku pracy (duży, ale różnorodny i zdradzający brak konkretnej drogi kariery, bo ja nigdy o tym nie myślałam, zresztą mało kto mając 20 lat wie dokładnie, czym się chce zajmować przez całe życie).

I ja to widzę tak: jeśli można sobie pozwolić na bycie bez pracy - czyli ma się za co żyć - to ten okres powinno się poświęcić na podwyższenie kwalifikacji: naukę języka, jakieś kursy czy szkolenia, zbudowanie portfolio. Nie dawać się depresji. Nie spędzać całych dni przy komputerze, wysyłając hurtowo CV, tylko osobiście spersonalizowane pod konkretne stanowisko dokumenty zostawiać osobiście w firmach albo wysyłać pocztą. Powiedzieć wszystkim znajomym, że szuka się pracy, także tym dalszym. Nie ograniczać się do swojej branży, szukać w różnych serwisach z ogłoszeniami, także tych płatnych (to dobrze, jeśli pracodawca inwestuje w znalezienie pracownika). Sprawdzać ogłoszenia w gazetach, strony firm.

A jeśli nie można, to praca za stawkę minimalną zawsze jest, w sklepach większych czy mniejszych, w restauracjach i pubach. Z takiej pracy też można coś wyciągnąć, choć nie jest ani ambitna, ani dobrze płatna. Można sprecyzować kierunek swojej kariery, najczęściej z dala od kasy fiskalnej czy brudnych talerzy i zapitych gości.

Wiem, że jest trudno. Mnie też było trudno i na pewno nieraz jeszcze będzie. Nie poddawajmy się!

Jeszcze na koniec polecę tę stronę. To nie jest kolejny poradnik pełen nieprzydatnych rad "jak pisać CV", tylko przykłady, jak napisać skuteczne CV. Mnie to bardzo pomogło, dzięki temu zaczęto zapraszać mnie na rozmowy. (Stronę poleciła mi netowa znajoma.)

6 grudnia 2011

Babeczki migdałowo-czekoladowe

Często po kruchym czy drożdżowym cieście zostają mi białka, a ileż można jeść bezy... Dlatego zrobiłam coś eksperymentalnego. Nie są to muffiny, bo przygotowuje się je w jednej misce, bez podziału na mokre i suche składniki, nie są to również cupcakes, bo brakuje im kremu, dlatego z braku odpowiedniej nazwy ochrzciłam je babeczkami. Nie dodaje się do nich ani tłuszczu, ani mąki. W smaku przypominają trochę francuskie makaroniki, ale są bardziej ciągnące i aromatyczne.

Wykonanie babeczek wymaga trochę zachodu (tarłam czekoladę ręcznie i jej wiórki były WSZĘDZIE), ale są tego warte! Nieco lżejsza, nietłusta alternatywa dla tradycyjnych wypieków świątecznych. W smaku są BARDZO zimowe... Idealne do porannej kawy, kiedy za oknem jeszcze ciemno. (Uwaga: nawet jeśli nie lubicie gorzkiej czekolady, nie zamieniajcie jej na mleczną. Dodatek cukru równoważy czekoladę, babeczki są wystarczająco słodkie.) Przepis z książki kucharskiej "Muffiny. Małe, ale za to przepyszne", z moimi modyfikacjami.


Babeczki migdałowo-czekoladowe
przepis na 12 sztuk

200 g gorzkiej czekolady
280 g mielonych migdałów + 20 g do dekoracji
10 białek
szczypta soli
170 g cukru
kilka kropel aromatu rumowego
100 g białej czekolady (do dekoracji)

1. Czekoladę ciemną zetrzeć drobno na tarce lub używając robota kuchennego.
2. 280 g migdałów wymieszać ze startą czekoladą.
3. Białka ubić na sztywną pianę, dodawszy sól.
4. Delikatnie wmieszać do piany mieszankę czekoladowo-migdałową i dodać rum.
5. Masą wypełnić papierowe papilotki. (Do silikonowych się przyklejają!)
6. Piec przez 20 minut w 180 stopniach. Wystudzić.
7. Białą czekoladę roztopić w kąpieli wodnej, maczać w niej wierzch muffinów i od razu obtaczać w pozostałych 20 g mielonych migdałów.

 

"Gimme head with hair"

- Co tak leżysz? - zagadnął mnie On. - Miałaś się iść myć.
- Nabieram poczucia piękna.
- ..?
- Czuję się taka sexy z tymi włosami... - dłonią rozgarnęłam moje twardo zapuszczane rude kudły. - Z tymi na głowie! - dodałam prędko, widząc, że On wymownym spojrzeniem obdarza moje łydki.

5 grudnia 2011

Garść przyjemności 3

Pierwsza garstka tutaj, druga tutaj, a pomysłodawczyni cyklu tutaj.

1. Moja praca kochana. Wiem, powtarzam się. Ale każdemu życzę takiej.

2. Czekanie na śnieg. Czekanie jest przyjemniejsze niż doczekanie się, to jak z króliczkiem.

3. Wcześniejsze prezenty. Od Niego dostałam już torebkę.

4. Planowanie codziennych śniadań. Kładzenie się spać ze świadomością, że za parę godzin zjem coś pysznego, jest bardzo przyjemne i doskonale nastraja.

5. Lista 52 książek. Przeczytałam w tym roku dużo więcej, jestem tego pewna, ale udało mi się przypomnieć tylko tyle - dodaję je tutaj. Patrzenie wstecz na swoje dokonania daje niesamowitego kopa i jestem przekonana, że podsumowując ten rok, będę zadowolona z siebie bardziej niż w poprzednich latach.

6. Nowy kalendarz. Mój jest z Audrey Hepburn. Też lubicie nowe kalendarze?

Torebko, daj głos!

Podobno zawartość kobiecej torebki wiele mówi o osobowości jej właścicielki. Zrobiłam poniższe zdjęcie na konkurs Wysokich Obcasów, ale ostatecznie go nie wysłałam. Powód był prosty: trochę było mi wstyd, bo zawartość mojej torebki zdradza, że cierpię na hipochondrię, narcyzm, pisanioholizm i tisanomanię... I kilka innych poważnych dolegliwości.


Czekolada - na wypadek nagłego spadku energii. Ta jest kokosowa, bardzo lubię.

Kalendarz - bez niego jak bez ręki. Korzystałabym z tego w telefonie, gdyby był lepiej zaprogramowany. Na 2012 mam turkusowy z Audrey Hepburn, ze "Zwierciadła".

Notes - konieczny przy pisaniomanii. Często zapisuję w nim szkice postów w blogu (dawniej robiłam to w telefonie, ale jego przeglądarka ostatnio przestała być kompatybilna z Bloggerem), różnego rodzaju obserwacje, wiersze, ważne informacje, listy książek do przeczytania i tak dalej. Ten notes jest już stary, na urodziny dostałam dwa nowe, więc mogę spokojnie pisać. I pisać...

Chusteczki - tak, to hipochondria. Mam ciągle katar. Swoją drogą, tej firmy (Kleenex) nie polecam.

Butelka z wodą - designerska butelka, którą kupiłam tylko dlatego, że była mała i z twardego plastiku (podobno taki plastik nadaje się do wielokrotnego użytku), wypełniona przefiltrowaną kranówką. Jej posiadanie jest objawem narcyzmu - gdzie jej nie wyciągnę, wszyscy od razu się interesują i jestem w centrum wydarzeń (co nie znaczy, że to lubię).

Portfel - ogromny, tymczasowy, ale wygodny.

Zapałki - nie palę, więc nie mają do towarzystwa papierosów, ale same z siebie się przydają. Dawniej zamiast nich była zapalniczka, ale niestety przestała działać, kiedy uprałam ją przypadkiem w pralce.

Balsam do ust Tisane - używam go od 13 roku życia. Okazjonalnie zdradzałam (pomadki Nivea i Bebe, a nawet koszmarnie droga Neutrogena, osławiony Carmex, owocowe Body Shopu) - ale nic nie jest lepsze. Usta smaruję nim na co dzień, a kiedy jestem chora, to jeszcze poocierany chusteczkami nos. Produkują też w sztyfcie.

Słuchawki - pudełko-zwijaczka po słuchawkach Sennheiser, same słuchawki Creative. (Em-pe-drei-spieller tej samej firmy podczas robienia zdjęcia ładował się.) Dzięki pudełku nawet tanie douszne "pchełki" długo działają bezawaryjnie.

Kosmetyczka, a w niej bibułki matujące, minitusz do rzęs, puder w kamieniu, wilgotne chusteczki, szminka, zapasowy balsam do ust i zestaw do mycia zębów Jordan GO!. Przezorny zawsze ubezpieczony.

Centymetr - służy do mierzenia, ale też do zabawiania przypadkowo napotkanych kotów.

Pudełeczko - zawartości można się domyślać. (Nie jest nielegalna..!)

Cukierki - tu Juicyfuls malinowe, ale to się zmienia. 

Guma do żucia - nie zawsze jest jak umyć zęby, a trzeba.

Telefon - szczerze go nienawidzę, bo nijak nie umiemy się dogadać. Filcowy brelok w kształcie ptaszka zrobiłam sama.

Maść kamforowa - zwana przez aptekarzy Świątynią Niebios, a przez niektórych Maścią Tygrysią, Tygrysim Pazurem, Kotkiem albo Mysią Cipką. (Pardon le mot.) Dobra na ból głowy. Zwykle noszę ją w woreczku z lekami, hipochondria musi się czymś karmić.

Żel do mycia rąk - nie mam jakiegoś fioła na punkcie bakterii, ale czasem trzeba coś zjeść, a wokół brakuje czystej wody.

Krem do rąk - noszę, żeby uspokoić sumienie. Moje dłonie wyglądają strasznie, bo ciągle zapominam ich smarować.

Pióro, ołówek i długopis - do zaspokajania pisaniomanii.

Pendrive - ginie ciągle, cholerstwo.

Lusterko ze szczotką - bo narcyzm.

Ciepła sowa - ogrzewacz chemiczny. W kształcie sowy, bo ja uwielbiam motyw ptaszków.

4 grudnia 2011

Quiche au fromage blanc

Czyli po prostu kisz z serem. Ale polskim, białym, twarogowym. Innymi słowy - sernik na ostro na kruchym cieście. Świetnie nadaje się na obiad, ale też na drugie śniadanie albo na piknik. Wariant na temat tej tarty pojawił się w moim urodzinowo-imieninowym menu - modyfikacja przepisu jest prosta, zamiast twarogu dodajemy sera homogenizowanego, a w nadzienie wtykamy jeszcze kawałki mozzarelli. Mój przepis na podstawie sernika na ostro.



Quiche au fromage blanc

CIASTO
125 g mąki pszennej tortowej
125 g mąki krupczatki
125 g zimnego masła
1 jajko
szczypta soli
zimna woda

Przygotowanie jak tutaj.
Po schłodzeniu ciasto należy podpiec ok. 10 minut w temperaturze 180 stopni.

WYPEŁNIENIE
350 g sera białego dwukrotnie mielonego
3 jajka
150 g pesto rosso (czerwone)
papryka słodka
pieprz, sól

1. Jajka wbić do miski, dodać ser i pesto.
2. Wymieszać dokładnie (łyżką, trzepaczką ręczną lub mikserem).
3. Dodać papryki i doprawić.
4. Wlać masę do "miseczki" z podpieczonego ciasta.
5. Piec ok. 40 minut w temperaturze 180 stopni, bez termoobiegu.

3 grudnia 2011

Zupa ogórkowa

W tradycyjnej kuchni polskiej jest dużo zup - a zupy kiszonkowe (barszcz, kapuśniak, żurek czy ogórkowa) to chyba esencja naszej narodowej sztuki kulinarnej. Na zimowy obiad zupa jest idealna, bo rozgrzewa, a jednocześnie dostarcza witamin. W dodatku, wbrew pozorom, jej przygotowanie wcale nie zajmuje dużo czasu. Przepis rodzinny.


Zupa ogórkowa
porcja na 4 osoby

1 litr bulionu warzywnego lub drobiowego
200-300 ml wody z ogórków
8 dużych ogórków kiszonych, jędrnych
2 marchewki (niekoniecznie)
4 duże ziemniaki
1 mała cebula
łyżka masła
gałka muszkatołowa
kwaśna śmietana
czarny pieprz

1. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę i nastawić do gotowania.
2. Wodę z ogórków przecedzić, jeśli zawiera jakieś dodatki.
3. Ogórki zetrzeć na tarce z grubymi oczkami. Odstawić na sitko do odsączenia (wodę zachować).
4. Marchewkę obrać i zetrzeć na tarce.
5. Cebulę obrać i drobno posiekać.
6. W garnku o pojemności około 2 litrów roztopić masło. Na maśle podsmażyć cebulę. Kiedy się zeszkli, dorzucić ogórki i marchewkę. Posypać startą drobno gałką muszkatołową.
7. Smażyć chwilę, aż marchewka zmięknie. Zalać bulionem. Podgrzać (nie gotować).
8. Po trochę dolewać wody z ogórków, aż zupa będzie miała odpowiedni smak.
9. Zabielić kilkoma łyżkami śmietany. Dodać pieprzu.
10. Podawać z ziemniakami.


2 grudnia 2011

Przełom

Piątkowy wieczór w jednym z krakowskich pubów typu "syf na strychu u ciotecznej prababki".

barmano-barista: (nalewa mi herbatę)
ja: (rozglądam się)
barmano-barista: (uśmiecha się do mnie)
ja: (odwzajemniam uśmiech)
barmano-barista: (po dłuższej chwili wymiany uśmiechów) Rozmowna jesteś.

Co było takiego przełomowego w tej scenie? Bo dla mnie to były dwa przełomy.

Pracoholizm

- Napisała do mnie koleżanka z drugiego końca Polski. I pyta, jak spędziłbym rocznicę związku - zwierzył się K.
- I co odpisałeś?
- "Musisz podać mi szerszy brief."

Dla niezorientowanych - pokrótce definicja briefu: klik.

Szantaż emocjonalny

- Kochanie, jutro kuchenka będzie się do ciebie uśmiechać! - zapowiedział On tonem pogodynki.
- To świetnie, wtedy ją wyczyszczę.
- Dzisiaj płacze, może wolisz zrobić to teraz?
- Nie ma mowy. Ona płacze, żeby mnie zmusić do uległości, nie zamierzam dawać się szantażować!

1 grudnia 2011

Zielone Tarasy - kolacja

Jak pamiętacie - albo i nie - przepis na ciasto czekoladowo-rumowe wygrał konkurs organizowany przez krakowski resto bar Zielone Tarasy. Nagrodą była kolacja, więc dzisiaj byliśmy tam goszczeni.

Lokal mieści się na dachu. Niestety było już ciemno, więc nie mogliśmy podziwiać panoramy miasta. Nic straconego, przyjdziemy tam jeszcze, dzisiaj za to skupiliśmy się na wnętrzu. Jest jasne, nowoczesne, przestronne, z żywymi roślinami, czyste. Czekał na nas stolik z wygodnymi krzesłami i przemiły pan kelner w zielonej (a jakże!) koszuli. Powitani zostaliśmy również osobiście przez menedżera, który zapewnił nas, że na deser dostaniemy nagrodzone ciasto. (Które w menu będzie już 6 grudnia!) 

Restauracja szczyci się tym, że nie korzysta ze wzmacniaczy smaku ani tłuszczy utwardzonych, nie używają też mikrofalówki. To czuć!

Zamówiłam pierś kaczki w sosie cynamonowo-jabłkowym na czerwonym winie. Sos absolutnie boski: gęsty, aromatyczny, o ciężkim, korzennym smaku. Kaczka grillowana, nie zanadto wysuszona, idealnie komponująca się z sosem. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to do faktu, że za tę cenę (karta podaje 22 zł) porcja była ciut za mała, raczej na przystawkę niż jako składnik dania.

Zielone Tarasy mają w menu możliwość zamówienia pizzy na cieście razowym, z czego On skorzystał. Mała pizza "Mafijna" z mozzarellą, prosciutto, parmezanem, rukolą i pomidorkami koktajlowymi, była dobrze wypieczona i odpowiednio cienka. Świeża rukola, prawdziwa mozzarella i szynka prosciutto tworzyły naprawdę świetny zestaw, a porcją można było się spokojnie najeść.

Deser był podwójny - poza ciastem, które podano w kokilkach (wyglądało uroczo! i było dokładnie tak pyszne, jak powinno być), jedliśmy jeszcze szarlotkę na ciepło z lodami (On, niezmordowany wielbiciel ciast z jabłkami) i owoce w cieście z jogurtem imbirowym (ja, niestrudzenie poszukująca nowości). Szarlotka smakowała bardzo domowo, podgrzano ją z dużym wyczuciem, nie do temperatury magmy, bo w piekarniku, nie w mikrofalówce. Moje owoce w cieście to kawałki banana, jabłek i chyba gruszki, zanurzone w cieście naleśnikowym i usmażone. Nie były za tłuste, co się chwali, a sos jogurtowy z imbirem i kardamonem dobrze przełamywał smak ciasta. 

Piliśmy herbatę, chociaż mogliśmy wino - wybór był duży.

Jako że prawie dostałam zawrotu głowy, kiedy czytałam menu, na pewno przyjdziemy jeszcze raz.
Polecam ze względu na wszystko - wystrój, obsługę, lokalizację, jedzenie i ceny 
(kolacja dla dwóch osób z deserem - ok. 70 zł)

ZIELONE TARASY - RESTO BAR, Al. Słowackiego 64, V piętro budynku HERBEWO
 

Blog Template by BloggerCandy.com | Edited by On & my sElf