To był mój pączkowy debiut. Dotąd moja rola przy pączkach Babci ograniczała się do jedzenia. W KahvaThei też były pączki, ale nigdy nie uczestniczyłam aktywnie w ich przygotowywaniu.Wyrabianie ciasta - banał, wyrastanie - pączki załatwiły same. Problem zaczął się, kiedy trzeba było formować i smażyć. Moje pączki wyszły koślawe, przypominały śniegowe kulki, bo próbowałam je lepić jak bułeczki.
Pierwszą partię przypaliłam, a w środku były surowe, bo mając w pamięci smażenie chrustu, rozgrzałam tłuszcz jak tylko było można. Konfitura z płatków róż od Benedyktynów okazała się za rzadka, upaćkałam więc szprycą pół kuchni.
Bałagan robił się coraz większy, para buchała z garnka z rozgrzanym tłuszczem, a nie chciałam otwierać okna, żeby nie przeziębić czekających na usmażenie pączków... Wreszcie, spocona i zarumieniona, przyniosłam Mu siedem złocistych kulek. Uff. Następnym razem będzie więcej i lepiej.
A przepis na pączki przeniosłam na mój drugi blog "Polish your spoon".