Byłam w sklepie. Przede mną zakupy robiło dwóch policjantów. Wychodząc ze sklepu zaklęłam pod nosem - stali dokładnie w miejscu, w którym zawsze przechodzę przez jezdnię (dokładnie w połowie odległości między pasami...) i pogryzali batoniki. "Trzeba będzie nadłożyć drogi..." - pomyślałam, po czym zobaczyłam, jak obaj raźno przechodzą przez jezdnię.
Pobiegłam za nimi.
- Przepraszam, czy tu można przechodzić? - spytałam całkiem poważnie.
- No... więc... jeśli nie stworzy pani zagrożenia dla ruchu kołowego... i tego... do najbliższego przejścia jest więcej niż 100 metrów... to można - wyjaśnił policjant między kęsami batonika.
- Aha. Czyli wszystko gra, panowie nie złamali przepisów, ja też nie - uspokoiłam się.
- My nie złamaliśmy, pani złamała - roześmiał się policjant.
- No jak to? Szłam dokładnie za panem! - zaperzyłam się.
- A pani myśli, że my te mundury po to mamy, żeby drałować 100 metrów do pasów?
- Hrmpf. Ja też mam mundur pod kurtką.
- Mundur? Chyba mundurek. Harcerski! - zmierzył mnie wzrokiem policjant.
29 stycznia 2009