30 października 2009

Urazy z dzieciństwa

Ruch anty-rybny

Tknęła mnie dziś taka myśl, kiedy czytałam o sandaczu w maśle orzechowym - zdecydowana większość moich rówieśników deklaruje się po antyrybnej stronie kulinarnej barykady. Trudno im się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że za czasów naszego dzieciństwa ryba występowała w zasadzie w jednej formie: tak zwanych "kostek rybnych", które nie posiadały za grosz smaku, za to woniały ostro typowym rybnym zapachem. Taka kostka jeszcze jako tako smakuje w wersji po grecku, ale w przedszkolnej kuchni panierowano ją i trzeba było obowiązkowo zjeść.

Byłam niejadkiem

Siostra Mamy dziwiła się, że w ogóle żyję, tę samą wątpliwość zresztą wyraziła dwadzieścia lat później moja teściowa in spe. Jadłam jak ptaszek, byłam chudziutka i drobna, wszyscy przepowiadali mi straszną przyszłość wśród koszmaru anemii i awitaminozy. Przeżyłam, jestem zdrowa jak, nomen omen, ryba.

Jak karmić niejadka?

Mama, karmiona w dzieciństwie prawie na siłę, oszczędziła mi tego piekła i z niestrudzoną cierpliwością lepiła bałwanki z twarożku, kroiła kromki na "żołnierzyki", stała w kolejce po szynkę-mniam-niatynkę i obierała parówki ze "skóry". Zapewne dzięki jej staraniom nie mam do jedzenia wstrętu. W swoim tempie dorosłam do czerpania przyjemności z różnorodnych smaków. Za to przez to ciągłe powtarzanie "taka jesteś chuda, możesz jeść co chcesz", podczas jednych wakacji, kiedy metabolizm dziecka zmienia się w metabolizm dorosłego, przytyłam ponad 10 kg. I poradzenie sobie z tą nadwyżką nie było łatwe.

Efekt Prousta?

Jedno mnie tylko zastanawia... Podobno idealizujemy smaki z dzieciństwa. Jak się mają do tego koszmarne wspomnienia o kostkach rybnych, wątróbce czy rozciapanym szpinaku? Nie wspomnę o zupach mlecznych, które do teraz kładą się cieniem na życiu wielu dwudziestolatków...

5 comment(s):

Anonimowy pisze...

Moja mama tez kroiła mi kanapki w żołnierzyki ^^ I wymyślała historyjki i zabawy, żebym zechciała zjeść coś z czosnkiem. Za to babcia zmuszała mnie do jedzenia. Na szczęście nie odbiło się to szkodliwie w żaden sposób, a nie powinno się dopuścić jednak, żeby dziecko zemdlało z głodu [skrajne przypadki niejadków].

my sElf pisze...

E tam, zemdlało. Zdrowe dziecko je ile może i ile mu potrzeba. Instynkt samozachowawczy nie pozwala mu się zagłodzić.

Kanapki w żołnierzyki rządzą. Mnie najpierw kroiła Babcia, później żądałam tego i od Mamy. Na pewno nie oszczędzę tego mojemu dziecku.

Anonimowy pisze...

No właśnie nie wszystkie dzieci jedzą ile im potrzeba. Zdarzały się już przypadki skrajnych niejadków. Aczkolwiek nie twierdzę, że to są zdrowe dzieci, aż tak się nie znam.

my sElf pisze...

Chyba przyznasz, że coś nie tak jest z człowiekiem, który odmawia przyjmowania pokarmu...

my sElf pisze...

Poza tym pediatrzy zgadzają się co do tego, że między wyobrażeniem dorosłych o tym, ile powinno jeść dziecko, a rzeczywistą pojemnością żołądeczka (zdrobnienie celowe) jest przepaść. Zresztą często nawet dorośli ludzie jedzą więcej niż powinni.

 

Blog Template by BloggerCandy.com | Edited by On & my sElf