Post Krytyka o nowalijkach sprowadzanych zza mórz i oceanów przypomniał mi o ciekawej kwestii, z jaką zetknęłam się przy okazji implementacji idei Slow Food w moje codzienne życie.
Jednym z założeń Slow Foodu jest wspieranie rynków lokalnych poprzez kupowanie i spożywanie produktów wyprodukowanych możliwie blisko miejsca, w którym mieszkamy. W praktyce oznacza to znalezienie najbliższej piekarni, masarni, mleczarni i konsekwentne zakupy ich wyrobów. Kupując żywność importowaną czy sygnowaną przez wielkie korporacje mamy niemalże gwarancję, że przejechała ona setki kilometrów, które obarczają ją dużym ładunkiem tzw. food miles, czyli energii zużytej na transport.
Oczywiście w przypadku niektórych produktów trudno wspierać rynki lokalne - w Polsce na przykład nie hoduje się kawy, herbaty, kakao, ryżu i wielu innych rzeczy, które są dla nas chlebem powszednim. Nie namawiam jednak nikogo do rozpoczęcia hodowli ryżu na balkonie! Liczenie food miles wystarczy zacząć od pojemnika na chleb.
I tu niespodzianka - bo może się okazać, że najbliższe piekarnie dostarczają pieczywo na przeciwległy koniec miasta, a do osiedlowego spożywczaka chleb przyjeżdża z sąsiedniego województwa. Tak jest na przykład w krakowskiej dzielnicy Krowodrza. Warto to sprawdzić, jeśli nie piecze się samemu czy nie kupuje bezpośrednio w miejscu produkcji - wystarczy spytać w sklepie o dostawcę pieczywa.
Ja mam szczęście - do najbliższego sklepu spożywczego pieczywo dostarcza piekarnia Grzegorza Krupy, produkująca między innymi naturalny chleb na zakwasie, który cieszy się rekomendacją Slow Food Polska.

5 comment(s):
MysElf gratuluje nowej szufladki !! No to teraz się odkryję trochę. Czytam ( jak wiesz) często Twojego bloga, a idea slow food jest mi bardzo bliska z racji, wyboru i wykształcenia (jestem dietetykiem). Niezmiernie mnie cieszy, że również o tym aspekcie będziesz pisała, miło będzie poczytać! Slow food to już styl życia nie tylko kwestia wyboru, niestety w Polsce dopiero raczkuje, ale od tego się przecież zaczyna od pojedynczego wyboru..gratuluje i pozdrawiam weekendowo:) z Błonia ( nie z Błoni Boże Broń!)
Olivka
Czyli muszę uważać z informacjami specjalistycznymi ;-)
Ja już trochę o slow food pisałam na blogu KahvaThei - tutaj będzie ujęcie bardziej prywatne, domowe. Dużo łatwiej wcielić w życie zasady Slow Food prywatnie niż w gastronomii.
Ktoś nawet kiedyś ogłosił w mediach, że produkty spożywcze, które rosną/pasą się w najbliższej okolicy jedzącego są dla niego najbardziej wskazane - najzdrowsze. Z tym chlebem to słusznie, bochenki sprzedawane w osiedlowym supersamie mogą pochodzić z piekarni w całkiem innym mieście. Tak się dzieje w sklepach sieciowych, które nie mają własnych piekarni. Np zauważyłem, że chleb sprzedawany w sklepach Netto czy Lidlu, które mam w okolicy, podróżuje do tych sklepów codziennie rano z innego miasta oddalonego o kilkadziesiąt km. I ciekawostka - tuż obok Lidla jest piekarnia, w której ja kupuję chleb (zlokalizowana ok. 4 km od mojego domu, ale ma pyszne żyto, więc muszę tam kupować - to tak jakbym wykonywał odwrotne food miles :P ). W tej piekarni ciągle jest kolejka i notorycznie brakuje asortymentu, co oznacza, że idzie im interes mimo że tuż obok mają silny sklep sieciowy. Oznacza to też, że jest spora grupa zjadaczy, którzy albo zdają sobie sprawę z różnicy w smaku pieczywa z tych dwóch miejsc, albo mają na uwadze food miles, a może jedno i drugie :)
u mnie podobnie.na osiedlu dobra piekarnia z dobrym chlebem, obok Lewiatan z chlebem nie wiadomoskąd i niezbyt dobrym. ale pewnie tańszym..pozdrowienia
W moim Lidlu ostatnio zrobili piekarnię. Pieczywo nie jest wiele lepsze (bo tanie i z mrożonek), ale przynajmniej świeższe. O tyle, o ile.
Przykład z piekarnią trochę podniósł mnie na duchu. Znaczy że są jeszcze tacy, którym się chce.
Prześlij komentarz