"Siedzisz sobie w dresie"
Przeczytałam ten tekst z dużym zaskoczeniem. Rozumiem, że są ludzie i kaloryfery, że to, co dla jednych jest bodźcem do działania, dla innych staje się pretekstem do nicnierobienia. Ale mam takie poczucie, jakbym żyła na innej planecie niż autorka linkowanego wyżej tekstu.
Pierwsza zasada: nie ma zasad
Mam bardzo różnych znajomych - takich, którzy dbają o siebie niezależnie od sytuacji i takich, którzy nie dbają. I mówiąc "dbanie" nie mam na myśli biegania codziennie w najmodniejszych ciuchach i szpilkach, w pełnym makijażu, tylko podstawowe czynności pielęgnacyjne i ubraniowe. Być może któryś typ (niedbaluchów czy dbaluchów) przeważa, ale nie pokusiłabym się o formułowanie na tej podstawie ogólnego prawa odnoszącego się do całej ludzkości, czyli: "nie ma kobiet, które wyglądają gorzej niż kobiety, które są pewnie, wręcz absolutnie przekonane o tym, że ich mąż/narzeczony/chłopak je kocha i zawsze będzie kochał."
Teoria i praktyka
Przyjrzałam się sobie: mojej domowej garderobie, mojemu trybowi życia, moim przyzwyczajeniom i mojemu podejściu do wyglądu - jak wiecie, mieszkam z Nim szósty rok, więc miałam pełne prawo zamienić się w ohydnego stwora. A tymczasem... w szafie żadnego dresu. Po domu legginsy albo spodnie plus męska koszula zabrana Tacie. Makijaż prawie codziennie (nie znaczy to, że tapeta). Zabiegi higieniczne przy zamkniętych drzwiach łazienki. Oto my, jesteśmy razem od 10 lat i ciągle wyglądamy dobrze!
"Ja go/ją zmienię..."
Ale skoro już formułujemy uniwersalne zasady, to i ja się o taką pokuszę: żaden związek nie zmienia człowieka, jeśli on sam nie chce zmiany. Flejtuch singiel po wejściu w związek nadal będzie nosił poplamione koszulki, w narzeczeństwie założy kolekcję worków ze śmieciami (pełnych, oczywiście, bo po co wynosić?), a po ślubie będzie radośnie syfił wokół siebie, doprowadzając tym swoją drugą połówkę do szału. Albo i nie, jeśli połówka nie oszukiwała się, że flejtuchowi papier z USC zrewolucjonizuje charakter w jednej sekundzie. Singielka, która się nie maluje i uważa, że dres jest wygodny, może mieć zryw na szminki i sukienki w pierwszej fazie związku, ale w krótkim czasie wróci do starych upodobań. I tak dalej. Ta zasada się sprawdza - zmieniają się tylko ci, którzy zmieniać się chcą.
11. Nie upraszczaj.
Słowo na koniec: stereotyp - konstrukcja myślowa, zawierająca komponent poznawczy (zwykle uproszczony), emocjonalny i behawioralny, zawierająca pewne fałszywe przeświadczenie, dotyczące różnych zjawisk, w tym innych grup społecznych. Wiem, że życie bez stereotypów nie jest możliwe, ale nie stawiajmy znaku równości między statystyką a szufladką.

11 comment(s):
I znów dostaniesz kilka "nielubów"...
Co do meritum sprawy: nie przepadam za sądami wartościującymi i to skrajnie, za dzieleniem świata na "moich", czyli lepszych i "nie-moich", czyli gorszych. Masz rację, że cytowany post jest stronniczy i stereotypizuje rzeczywistość. Jestem w związku sama wiesz ile, i nie potwierdziłabym ani nie zaprzeczyła ani jednej tezie tego postu, po prostu bywa i tak i tak. Może jednak trzeba trochę pożyć, żeby taka prosta prawda dotarła do kogoś? Poza wszystkim, jakbym już gdzieś, i to nieraz, widziała podobne wpisy... (m...szon)
PS. Oczywiście możesz usunąć ten post, po co rozjuszać trolle?
Świat już taki jest, że są luby i nieluby :-) Nic nie jest czarno-białe. Ale jest mi przykro, że kiedy mówię "10 lat związku", to większość rozmówców ma skojarzenie "dres, papiloty, rozdeptane kapcie, maseczka na twarzy i seks raz do roku".
Ale mówi się, że mierzymy innych swoją miarą ;-)
Gratulacje! I to podwójne. Dla autorki linkowanego tekstu, że osiągnęła to, co jest od zawsze moim celem jako (pożal się Boże) pismaka - czyli sprawiła, że jej twórczość sprowokowała zatrzymanie się na chwilę odbiorcy i zastanowienia się nad sobą.
Gratulacje również dla Ciebie za trzeźwą i trafną ocenę poruszanej kwestii. Kwestii, która tak naprawdę jest częścią innej, większej sprawy, która zwie się "Staraniem się". Bo rzeczywiście jest tak, że wiele osób uznaje, że po pewnym czasie w związku nie trzeba już się starać o tę drugą osobę. Oczywiście nie generalizuję i nie twierdzę, że zawsze tak jest. Ale o ileż mniej połamanych serc by było na świecie, gdyby wszyscy wiedzieli, że staraniom nie powinno być końca. Niektórzy natomiast traktują ten temat jako zadanie do wykonania: staraj się osiągnąć cel, a gdy już to zrobisz - ogłoś się zwycięzcą i świętuj. Nie wiedzą jednak, że w relacjach partnerskich "staranie się" jest niekończącą się opowieścią. Oczywiście również z nagrodami. A jakże! Ale nie oznaczają one końca misji. To po prostu premia za zdobyte punkty doświadczenia, za awans na kolejny poziom. Ale najważniejsze jest, że nie ma limitu poziomów.
Rozumiem szykowanie się na randkowanie dla tej drugiej osoby, żeby wyglądać super olśniewająco, ale przykład w tym linku mnie zniszczył. Nie myć włosów od 4 dni? Już nie mówię o tym, że skoro mieszkam ze swoim mężczyzną to nie chciałabym się mu pokazywać brudna i śmierdząca i niezadbana, ale czy ludzie nie zwykli dobrze wyglądać też dla siebie samych? Nawet gdy jestem chora to staram się co drugi dzień umyć głowę, codziennie rano, czy wieczorem prysznic + mycie dla samego poczucia świeżości i hops pod kołdrę, żeby się wygrzać.
A co do robienia czasem kilku rzeczy "na pokaz", to zdaje się że wiele osób przy "podrywie" chce się pokazać z tej najlepszej strony. Nie mówię, że stylizują się na osobę, którą na codzień nie są, ale te zalety przyćmiewają wady, które wychodzą dopiero po jakimś czasie.
No ale żeby o siebie nie dbać? Ohyda.
Marcin Zalewski, dziękuję :-) Zgadzam się z Twoją opinią, dla zbyt wielu jakiś etap związku (typu zamieszkanie razem czy ślub) jest celem, nie środkiem. A celem powinno być coraz lepsze i pełniejsze bycie razem, tak jak w grze dążymy do bycia coraz lepszymi. Lubię porównania do gier :-)
M.B. - ja często mam podobne refleksje, kiedy czytam wypowiedzi na temat ślubu: że to "jedyna" okazja, żeby "raz w życiu" zadbać o siebie i wyglądać olśniewająco. Ja mam nadzieję, że życie na ślubie się nie kończy! I nie zaczyna. Bo dbam o siebie tak po prostu, żeby się sama lepiej czuć, a jak ja się dobrze czuję, to i On się dobrze czuje, i wszyscy są zadowoleni.
Dotąd to było dla mnie normalne i dziwiły mnie pytania typu: "po 10 latach to już chyba golisz nogi tylko jak musisz?". Teraz już mnie nie dziwią, bo wygląda na to, że niektórzy starają się dla innych, nie dla siebie...
A mnie się wydaje niestety, że autorka blogu i artykułu "Nie siedzę w dresie" jest po prostu grafomanką i nie ma nic ciekawego do powiedzenia światu. Tekst jest na siłę, mierny stylistycznie i merytorycznie, nie warto w ogóle wdawać się w polemikę z pseudofelietonem typu blablapleple w podtekście "jaka to ja jestem klawa i się myję rano pod pachą".
Dodam, że ogromnie lubię blog "Ekskribicjonizm kontrolowany", i bardzo wysoko cenię twórczość pisemną autorki, takoż treść jej przemyśleń.
Sylwia/ Bisette
Bisette, niezmiernie mi miło i dziękuję za drugi akapit - bo pierwszy chyba dotyczy linkowanego blogu i tekstu "Jest sobota, siedzisz sobie w dresie", nie powyższego pseudofelietonu :-)
Naturalnie, że moja krytyka i poruszenie spowodowane było oryginalnym tekstem "Nie siedzę w dresie", a nie odniesieniem na blogu "Ekskribicjonizm kontrolowany".
Bis
Uff ;-)
Autorka nawet bez problemu trafiła na tego bloga. Nie będę się powtarzać, bo wypowiadałam się milion razy już na temat takich komentarzy u siebie w komentarzach i na facebooku, jak ktoś chce to dotrze ;) Pozdrawiam siedząc w swoim słynnym szarym dresie ;)
Przed nikim się nie kryję, choć trochę żałuję, że autorka nie podjęła dyskusji.
Odpozdrawiam przypominając, że racja jest jak pewna część ciała, każdy ma swoją, a gusta nie podlegają dyskusji już od starożytności :-)
Prześlij komentarz