1 stycznia 2016

2015 w zdjęciach + podsumowanie


69 książek i inne fajne liczby z minionego roku.

Dopiero kiedy dzisiaj rano w noworoczny poranek usiadłam w kuchni nad kubkiem "inkao" i włączyłam komputer, uświadomiłam sobie, jak bardzo potrzebne są mi takie podsumowania. Kiedy patrzę za siebie, mam wrażenie, że ostatnie 12 miesięcy było jakąś szaloną karuzelą, której bezustanna jazda w kółko wywoływała we mnie zawroty głowy. Was też to jakoś dotknęło, bo od czerwca publikowałam najwyżej jeden wpis tygodniowo, nie mogąc się zupełnie ogarnąć z wolnym czasem.

Tak że ten wpis stworzyłam z potrzeby czysto egoistycznej: chciałam sobie poukładać miniony rok. Mam nadzieję, że uda mi się teraz trochę wyhamować (staram się!), bo życie w stylu slow odpowiada mi dużo bardziej niż biegi na czas.

Sri Lanka, luty.
W przeciwieństwie do mnie, Budda zawsze zachowywał zen. Nawet kiedy wokół miał bezdomne psy i resztki czyjejś łazienki.
Sri Lanka, luty. Buddyjska flaga modlitewna na wyspie Kothduwa.
Sznurek od mnicha, który tam dostałam, miał zerwać się po 2 tygodniach, ale noszę go do teraz.

Co się udało?

52 książki i 15 książek na 2015 - pełny sukces! Przeczytałam 69 książek w całości, zaczęłam kolejne 7, a przy tym zrealizowałam całe wyzwanie, które sama stworzyłam. Wszystko dzięki temu, że od marca jeździłam do pracy sama, więc codziennie miałam co najmniej 2 godziny na lekturę. Sporo czasu spędzałam też w pociągach i innych zbiorkomach. Łącznie mam za sobą prawie 22 tysiące stron, co oznacza, że poświęciłam ponad 9 dób na lekturę.

Obejrzałam 40 filmów, w tym 16 polskich, ale jeśli chodzi o wyzwanie filmowe, to nie zdołałam go ukończyć. Część filmów wciąż czeka w kolejce na moment, kiedy uda mi się znaleźć czas na ich obejrzenie.

Londyn, wrzesień. Taką mieliśmy pogodę na pierwszą rocznicę ślubu - i taki widok w porze lunchowej.

Dość sporo rysowałam, korzystając z rysika w telefonie. Trudno mnie nazwać mistrzem kreski i pewnie zawsze będę amatorem, ale tworzenie szybkich szkiców-komiksów sprawia mi mnóstwo frajdy, dlatego chciałabym w tym roku spróbować zmierzyć się z tabletem graficznym. Dużo też gotowałam (na makaroniki i inne czasochłonne wypieki nie znalazłam czasu, ale wypróbowałam kilkadziesiąt przepisów z Pinteresta i regularnie eksperymentuję z kuchnią wegańską i modnymi "superfood").

Kraków, grudzień. Z roku na rok jestem coraz bardziej zadowolona z moich pierników. 

Kwiecień Bez Zakupów i inne nieplanowane sukcesy

Nie sądziłam, że niewinny eksperyment z niekupowaniem wywrze na moje życie tak duży wpływ. Mimo totalnego zabiegania, które wypełnia moją codzienność, czuję się spokojniejsza i szczęśliwsza. Mam poczucie dużo większego luzu, nie tylko w kwestii konsumpcji - bo skoro udowodniłam sobie, że można nie kupować i wcale za tym nie tęsknić, to te wszystkie rzeczy, które "muszę" robić, też zależą tylko od mojej woli. Fajnie było się o tym przekonać na własnej skórze.

Balkon, czerwiec. Celebracja małych (i darmowych) przyjemności.
W sierpniu spontanicznie wpadłam na pomysł akcji Jestem Jedną z Nich. Niespodziewanie dla mnie, okazała się sporym sukcesem - duża w tym zasługa blogerek, które brały udział! - i już zastanawiam się, jak w tym roku świętować Dzień Równości.

Dwukrotnie zdecydowałam się wypełznąć ze swojej introwertycznej skorupki. Listopadowy udział w Serialkonie uważam za sukces, bo udało mi się wygłosić prelekcję, która została bardzo ciepło przyjęta, oraz być częścią dwóch ciekawych paneli dyskusyjnych i nawet powiedzieć coś sensownego. A ja bardzo, bardzo, BARDZO nie lubię występów publicznych, mówienia do mikrofonu i sytuacji, w której "tysięczny tłum spija słowa z mych ust". 

Z rzeczy bardziej przyziemnych - prace nad moją skórą wciąż trwają. Co prawda pozbyłam się Apacza i różnych szkodliwych dla cery nawyków, ale od skóry pięknej bez makijażu trochę mnie jeszcze dzieli. Za to dzięki radom pani Olimpii nauczyłam się malować i nie wyglądać przy tym jak smutny klaun.

Londyn, wrzesień. Wciąż w poszukiwaniu swojego stylu, ale chyba jestem bliżej niż dalej.

Co się nie udało?

Cała reszta. I może na tym zakończmy tę wyliczankę, bo z rozpamiętywania porażek nie przynosi nic dobrego. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby w 2015 się rozwijać i pod wieloma względami mi się to udało. Kropka.

Kraków, grudzień. Moje drugie święta "u siebie", powoli się przyzwyczajam.

Gdzie byłam?

Poza podróżą poślubną na Sri Lankę, weekendowym wypadem do Wrocławia, kilkoma dniami we Florencji i rocznicowym wyjazdem do Londynu odwiedziłam też mnóstwo fajnych miejsc w Polsce. Mogłabym je tu wszystkie wymienić (nie byłabym sobą, gdybym nie wpisywała ich do kalendarza!), ale ten wpis już jest bardzo długi. Jeśli chcecie być na bieżąco, zapiszcie się na Faworki - w tym miesiącu na pewno pojawią się tam jakieś moje "ulubione".

Wrocław, maj. Od tego miejsca co roku dzieliło mnie tylko 3 godziny pociągiem. 
Ze wszystkich miast w Polsce oczywiście najbardziej kocham Kraków. Ale zaraz po nim jest Wrocław.

Co planuję?

Przyjrzawszy się liście celów na 2015, zrozumiałam, że od kilku lat zmierzam ku jednemu celowi. A imię jego dobrostan. Taki ogólny, fizyczny i psychiczny. Począwszy od zrównoważonej diety, odpowiedniej pielęgnacji, sensownej szafy i pasującej do mnie aktywności fizycznej, poprzez racjonalne zarządzanie finansami i doprowadzenie mieszkania oraz stanu posiadania do fengszuja, a skończywszy na dbaniu o związek, rozwijaniu kreatywności, zachowaniu równowagi między pracą zawodową a życiem, pielęgnowaniu tylko wartościowych relacji oraz korzystaniu z internetu i niepozwalaniu, żeby to on korzystał ze mnie.

Florencja, sierpień. Kiedy czuję, że wszystko dzieje się za szybko, chwila sam na sam z kartką i ołówkiem pomaga mi zwolnić.

Niektórzy nazywają to po prostu szczęściem. Niezależnie od tego, co jest Waszym celem, w nadchodzącym roku chciałabym życzyć i sobie, i Wam, żeby jak najwięcej było chwil, w których myśli się "tak mogłoby być zawsze". 


Florencja, sierpień. Właśnie tak mogłoby być zawsze.