Pisałam już raz o syndromie Migotki, tutaj. Dzisiaj jednak K. nadał mu nowe znaczenie. Myśleliśmy nad tekstem i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, po etapie niemocy twórczej kranik z kreatywnością odkręcił się na amen.
- Nie wiem - jęknął K. po deszczu pytań i doprecyzowań. - Za dużo wersji. Za duży wybór. Czuję się jak żona w H&M.
A wy, macie czasem syndrom Migotki? Ja najczęściej nad książką kucharską... Bo przed szafą to nie. I tak nie mam się w co ubrać.

6 comment(s):
Ja raczej w H&Mie, czy tam innym sklepie ciuchowym mam syndrom typu "Nic mi się nie podoba";-)
Ale na książką kucharską - zgadza się!;-)
Ja mam tak, że mi się podoba, jak patrzę, ale jak dotknę, to mi mija (poliestru po 99 zł za 10 deko nie kocham). Ale widać żona K. nie podziela naszych chęci - i dobrze, w końcu nudno by było, gdybyśmy wszystkie były takie same :-)
Ja taki syndrom mam ostatnio w sklepach SH. A oprócz popularnego problemu "Nie mam się w co ubrać" mam też drugi, dość popularny "Nie mam miejsca w szafie":)
To paradoks znany od lat! Myślę, że nawet Imelda Marcos stawała czasami przed swoją garderobą i wzdychała: "ja nie mam co na siebie włożyć"...
zawsze są dżinsy i teszirty.. ;-)
Dżinsów mam tylko jedną parę, reszta się wykruszyła :-D
Prześlij komentarz